"It's difficult to admit the obvious"
political world

Pod Smoleńskiem sponiewierano majestat Rzeczypospolitej

Marek JAn Chodakiewicz|Monday, December 27, 2010

Gdyby kontrolerzy lotów na "Korsarzu" postępowali profesjonalnie, zgodnie z procedurami, to po prostu zamknęliby lotnisko. Sam Putin nie mógłby wylądować. Bardzo mi się nie podobało, że Kreml już chwilę po katastrofie miał historyjkę z winą polskich pilotów, bo nie ma na to dowodów. To, co zrobił polski rząd, zupełnie ustępując w sprawie śledztwa, to zupełna porażka. Mam amerykański umysł, ale polskie serce. I ono mi nie daje spokoju, gdy poniewiera się majestat Rzeczypospolitej

 

Z prof. Markiem Janem Chodakiewiczem, historykiem z Institute of World Politics w Waszyngtonie, rozmawia Piotr Falkowski


Czym jest nowa polityka wschodnia prezydenta Baracka Obamy, tak zwany reset?
- "Reset" to termin z dziedziny nauki o komputerach. Kiedy jakiś program przestaje działać, system zawiesza się i nie reaguje na polecania, naciska się przycisk "reset" i komputer uruchamia się od początku. Gdy Hillary Clinton chciała się popisać, dała w prezencie rosyjskiemu ministrowi spraw zagranicznych specjalny guzik z napisem "reset", ale po rosyjsku. Jednak ktoś w Departamencie Stanu pomylił się i zamiast słowa "pieriezagruzka" na przycisku było słowo "pieregruzka" (przeciążenie). Tak więc od początku zaczęło się to dowcipnie. A termin miał funkcjonować symbolicznie i oznaczać obietnicę nowej polityki w stosunku do Rosji, dlatego że dotychczasowa, prowadzona za prezydenta Busha, podobno nie działała i powodowała konflikty. Zdaniem Obamy, polityka poprzedniej administracji była nieadekwatna i nowy prezydent obiecał zrobić wszystko od początku i lepiej. A jednym z aspektów polityki Busha, co by o niej nie mówić, było jednak podejmowanie pewnych gestów w stosunku do strefy postsowieckiej, szczególnie Polski. Ówczesny sekretarz obrony Donald Rumsfeld określił państwa dawnego bloku sowieckiego mianem "nowej Europy", która jest bliższa Ameryce niż stara. Obama i jego ludzie uznali, że to niepotrzebne i nie ma znaczenia. Nie trzeba się zajmować Polską i innymi małymi krajami, które tylko przeszkadzają, są kłótliwe itd. Po co rozmawiać z tyloma krajami, skoro można pojechać do Moskwy i tam się dogadać? Jest wygodniej. No i to jest właśnie ten "reset".

Znaczenie Polski z punktu widzenia Waszyngtonu jeszcze zmalało?
- Obecnie w Białym Domu tzw. sprawami polskimi i wschodnioeuropejskimi zajmują się ludzie tacy jak Michael McFaul, lewicowy postsowietolog ze Stanford University, oraz Elizabeth Sherwood-Randall, która w Narodowej Radzie Bezpieczeństwa odpowiada również za relacje z NATO, Ukrainą i Turcją. Oboje są moskwocentrycznymi rusofilami. Biały Dom w tej chwili nie podejmuje nawet kurtuazyjnych gestów w stosunku do Europy Środkowej. Nie ma polityka, który by w jakiś sposób zauważał potrzeby tego obszaru. Taki jest ten "reset" - to powrót do dogadywania się nad głowami, bo tak jest wygodniej. Jego najlepszym przykładem jest chyba - według ujawnionych ostatnio dokumentów - fakt, że dyplomaci amerykańscy w zamian za zarzucenie zainstalowania w Polsce i Czechach tarczy rakietowej uzyskali od Kremla obietnice wspierania waszyngtońskiej polityki przeciw Teheranowi.

Na czym polega to dogadywanie się ponad głowami?
- Do pewnego stopnia Waszyngton dubluje i powiela Realpolitik Berlina, ale nie do końca. Otóż Polacy w okresie prezydentury Lecha Kaczyńskiego i rządów jego brata Jarosława byli bardzo głośni (na przykład w sprawie Gruzji, ataków cybernetycznych na Estonię) i to wszystkich na Zachodzie irytowało, do tego stopnia, że postanowiono się tym zająć. Od początku Niemcy robiły wszystko, aby nie było otwartych gwarancji bezpieczeństwa dla krajów bałtyckich. Po zmianie ekipy rządzącej w Polsce i wkrótce także w Stanach Zjednoczonych Berlin wysiłki te natężył. A przecież chodziło o to, aby było jasne, że artykuł 5 traktatu waszyngtońskiego, nakazujący wszystkim sojusznikom udzielenie pomocy państwu zaatakowanemu, będzie przez USA i resztę NATO stosowany. Nie było, nawet za prezydentury Busha, planów ewentualnościowych na wypadek inwazji w stosunku do tych krajów. Kiedy Obama przejął schedę po poprzedniku, to prawie przez przypadek, na zasadzie pewnego oczywistego odruchu - "Nie ma. To zróbmy" - nakazał ich przygotowanie. To się potem przydało w dyskretnych negocjacjach z Niemcami. USA obiecały, że uspokoją Tallin, Rygę, Wilno i Warszawę również, poprzez udzielenie pewnych dyskretnych gwarancji tym krajom, żeby im się zaczął podobać "reset". I to się dokonało w Lizbonie - dano jakieś gwarancje. Ale, powtarzam, dyskretnie, aby nie drażnić Rosji i móc się w razie czego wszystkiego wyprzeć. Na to Niemcy się zgodzili. Doszło do "oczyszczenia atmosfery", wszyscy się znowu cieszą, że "Polacy już się nie awanturują i wyglądają na kulturalnych".

Na ile skuteczna była polityka Lecha Kaczyńskiego opierająca się na twardym podnoszeniu na forum międzynarodowym polskich interesów?
- Skuteczna, ale nie do końca. Polska jest krajem słabym, biednym, niemającym wystarczających zasobów, aby podnosić głowę. A rządząca prawica to robiła, w sposób nie zawsze przemyślany i skoordynowany, mimo najlepszych intencji nie wiedzieli, jak operować. To było postrzegane jak robienie awantury. Ale zadziałało, w pewnym sensie, jak lodołamacz. Bo Polska jest członkiem NATO, Unii Europejskiej, sojusznikiem, więc trzeba było tę sprawę jakoś załatwić. I załatwiono tak, że są jakieś dyskretne gwarancje bezpieczeństwa. Tyle udało się wywalczyć za rządów Kaczyńskich, a ekipa Tusk - Komorowski początkowo odziedziczyła tę starą politykę, a teraz jedzie w sposób zsynchronizowany z polityką amerykańską i niemiecką. Kaczyńscy mówili otwarcie, jakie są zagrożenia, robili coś, co niewielu się podobało, poza garstką konserwatystów w Stanach Zjednoczonych, a teraz nowe władze siedzą cicho i nikogo nie drażnią, nikomu nie przeszkadzają.

Jaka powinna być strategia polityczna Warszawy?
- Strategia Lecha Kaczyńskiego to był neoprometeizm. Romantyczna wizja wyzwolenia wszystkich zniewolonych. Ten ruch powstał jeszcze w okresie międzywojennym pod patronatem sanacji, jako kontynuacja mesjanistycznej, jeszcze przedrozbiorowej, polityki polskiej. To nie jest właściwie polityka - raczej pewne stanowisko moralne. Wracając do polityki Lecha Kaczyńskiego, to zawsze się cieszyłem, że znaleźli się Polacy, którzy potrafią otwarcie walczyć o swoje sprawy. Ale jednocześnie trzeba pamiętać, że polityka to suma rzeczy realnych. Żeby prowadzić politykę, żeby mieć strategię, trzeba mieć do tego środki. A więc najpierw Polska musi się stać zamożna. Polska jest słaba, nie ma broni nuklearnej, jest przeżarta biurokracją, postkomunizmem i innymi patologiami. Jeśli się to da wyczyścić, uwolnić gospodarkę i zbudować naprawdę silną ekonomię, to będzie można podejmować rozmaite działania na zewnątrz. Przede wszystkim trzeba się kształcić. A na przykład do nas, do Instytutu, ambasada Polski jako jedyna nie przysłała jak dotąd nikogo na naukę. Widać uważają, że wszystko wiedzą lepiej. Ja, kiedy się budzę, to mówię sobie: "jaki ja jestem głupi", to znaczy, że mogę się czegoś nowego dzisiaj nauczyć. A ludzie PRL budzą się z kompleksem niższości, tak maskowanym, że się wywyższają i udają wszystkowiedzących i bardzo kompetentnych. Jest to, co gorsza, zaraza, która się roznosi i infekuje młodych, którzy zamiast się uczyć, dalej tkwią w PRL.

Ten stan dotyczy chyba jeszcze bardziej obecnej władzy?
- Gdyby "siedzenie cicho" przez tandem Tusk - Komorowski było przemyślane i świadome, to miałoby sens, ale ja tego nie widzę. Nie wiem, czy oni działają świadomie w synchronizacji, głównie z Niemcami, czy to jest tylko taka taktyka, a raczej odruch psa Pawłowa, aby się przypodobać. Z pewnością dwa sposoby uprawiania polityki: twarde stawianie spraw przez Kaczyńskich, co było irytujące dla sojuszników, ale przyniosło pewne efekty, i dyskretne poszukiwanie porozumienia, powinny się dopełniać i uzupełniać. Temu może służyć zmiana rządów, ale pod warunkiem, że sprawy strategii stosunków międzynarodowych zostaną skoordynowane. A tak w Polsce nie jest, i to jest nieszczęście. Jeśli coś wychodzi, to przypadkowo. Podam przykład historyczny. W pewnych sferach na Zachodzie funkcjonował pogląd, że w czasie pierwszej wojny światowej Polacy się umówili i walczyli we wszystkich możliwych armiach, żeby w każdym wypadku być po stronie zwycięzców. A przecież żadnego "spisku" nie było. To wyszło w zasadzie przypadkiem. I teraz Kaczyński mógłby się w tajemnicy dogadać z Tuskiem. Potem mogą dalej walczyć, byle było dobrze dla Polski. Ale wydaje mi się, że do żadnego porozumienia nie doszło. Tak jak pomiędzy Dmowskim i Piłsudskim - to zresztą był i tak zupełnie inny poziom ludzi, jakiego dziś nie ma.

Czy przykładem dla nas może być Ameryka?
- Ja patrzę na to wszystko z perspektywy stolicy imperium. To lot orła. A w Polsce ludzie chcą zrobić coś już zaraz. Mnie łatwo jest mówić, że jak ktoś nie ma środków, to niech się zajmie najpierw ich zdobywaniem, a potem może "podskakiwać", ale rozumiem tych, którzy nie chcą czekać. Z tym że do prowadzenia skutecznej polityki zagranicznej potrzeba naprawdę ogromnych zasobów. Utrzymanie jednego żołnierza amerykańskiego w Afganistanie kosztuje. To niesamowite środki, pozyskiwane na politykę zewnętrzną. Polityka USA kuleje, ja temu nie zaprzeczam. Tylko Ameryka mierzy cele zgodnie z zasobami. Stany Zjednoczone też nie mają tak naprawdę wizji strategicznej. To nie Chiny, które planują na sto lat do przodu. Tutaj tego nie ma, tu się problemy zasypuje pieniędzmi. Ale Stany Zjednoczone mogą sobie na to pozwolić. Polska nie. Więc najlepiej gdyby się zajęła budowaniem zasobów, kadr i broni.

Jakie znaczenie polityczne miała wizyta Bronisława Komorowskiego w Waszyngtonie?
- Polacy są uważani za nieracjonalnych rusofobów. Kiedy więc Polacy ustami swojego nowego prezydenta mówią, że układ START jest dobry, to znaczy, że jest dobry. Więc to pomoże w jego ratyfikacji w Kongresie. To jest główny powód tej wizyty z punktu widzenia administracji Obamy. I przede wszystkim dlatego Bronisław Komorowski został tu zaproszony, żeby to wyglądało ładnie na wewnętrzny użytek dla Obamy. START zostanie zapewne ratyfikowany, bo Republikanie pójdą na kompromis, jedynie obecni wśród nich konserwatyści będą przeciw, ale ich jest niewielu i od czasów Reagana są mniejszością. Wprawdzie większość elektoratu Republikanów, a wręcz większość wszystkich Amerykanów, identyfikuje się jako konserwatyści, ale kandydaci przypominają o tym głównie przed wyborami.

Dlaczego START budzi ich sprzeciw?
- Po pierwsze, konserwatywna tradycja mówi, że trzeba być ostrożnym i trudno jest ufać Rosji. Tym bardziej że to nie jest jako taka Rosja, ale jakaś Postsowiecja - ci sami ludzie i ten sam modus operandi. Po drugie, rozbrajanie się wysyła bardzo zły sygnał do sojuszników USA: od Tokio do Warszawy. A po trzecie, to głównie USA będą musiały niszczyć zasoby swojej broni, bo Rosja aż tyle jej nie ma.

Co wpływa na wyniki wyborów w Stanach Zjednoczonych?
- Trzeba pamiętać, że Amerykanie nie są takimi ideologami jak ludzie w Polsce. Tu ludzie głosują bardziej pragmatycznie, biorą pod uwagę czynniki lokalne, obietnice w drobnych sprawach. Na wybory patrzy się trochę tak jak na rozgrywki piłkarskie: "dziś przegraliśmy, ale wygramy następnym razem, nie ma sprawy".

Czy do takiego wyborcy w USA może przemówić odległa katastrofa smoleńska? To, co się dzieje ze śledztwem, sprawia, że nie wiadomo, czy kiedykolwiek poznamy prawdę.
- Prawda zawsze wyjdzie na wierzch. Wystarczy spojrzeć na Katyń. Ale rzeczywiście to śledztwo od początku nie wyglądało na poważne. To patologia PRL-owska - brak profesjonalizmu, kiedy nie ma ludzi wykształconych i jednocześnie wolnych, którzy fachowo podeszliby do tej tragedii. Byłem w sierpniu w Rosji, także na miejscu katastrofy, w Smoleńsku. Chodziłem tam swobodnie, wszędzie pełno było części, śrub, toreb, była jeszcze piana. Policjanci spali. W Stanach Zjednoczonych, gdy jest katastrofa, zbierają każdą śrubkę. Składa się wrak, czy cokolwiek zostało, w hangarze. A w Smoleńsku jest postsowiecki syf. Nie mogę powiedzieć na pewno, co się wydarzyło, ale z pewnością jedną ze składowych jest wina kontrolerów lotu. Gdyby postępowali profesjonalnie, zgodnie z procedurami, to po prostu zamknęliby lotnisko. I wtedy nie byłoby żadnej dyskusji. Zamknięte i już. Sam Putin nie mógłby wylądować. Bardzo mi się nie podobało, że Kreml już chwilę po katastrofie miał historyjkę, że to wina polskich pilotów, bo nie ma na to dowodów. Chciałbym dostać oryginały czarnych skrzynek, a nie stenogramy z ich odczytu.

Jednak czy to tylko brak profesjonalizmu? Czy może jest w tym jakaś metoda?
- Tyle wynika z danych empirycznych, jakie są dostępne. Ale nie wiemy wszystkiego. Kiedy się patrzy na gęste zarośla i nad nimi wystaje trąba słonia, to można ją wziąć za jakiś nowy gatunek węża. Tak samo jest i tu. Możemy nie widzieć jakiegoś istotnego potężnego czynnika poruszającego całością - słonia. Dlatego mówię o tym, co mi się układa na podstawie tych informacji, jakie są. Ale moi koledzy i przyjaciele z amerykańskich służb specjalnych są przekonani, że miało miejsce celowe zmylenie przy pomocy specjalnych sygnałów elektronicznych zakłócających nawigację. To jest wojna elektroniczna. W okresie zimnej wojny Sowieci zwabili na swoje terytorium i zniszczyli ponad 700 samolotów. A mówią to ludzie, którzy się specjalizują w wykrywaniu tego rodzaju czarnej roboty. Natomiast to, co zrobił polski rząd, zupełnie ustępując w sprawie śledztwa, to skandal i zupełna porażka. Ja mam amerykański umysł, ale polskie serce. I ono mi nie daje spokoju, gdy tak się poniewiera majestat Rzeczypospolitej. W końcu zginął sam prezydent!
Copyright © 2009 www.internationalresearchcenter.org
Strony Internetowe webweave.pl