"It's difficult to admit the obvious"
political world

POLSKA RACJA STANU W NAUCZANIU STEFANA KARDYNAŁA WYSZYŃSKIEGO

Anna Rastawicka|Wednesday, November 4, 2009

„Racja stanu” w ścisłym tego słowa znaczeniu – to uznanie potrzeb i dobra państwa za najwyższą normę działania. Stefanowi kardynałowi Wyszyńskiemu nie chodziło o „dobro państwa” w sensie politycznym czy nacjonalistycznym. Broniąc polskiej racji stanu, miał on na uwadze dobro Ojczyzny jako wspólnoty ludzi, dzieci Bożych zjednoczonych jedną wiarą, jedną kulturą, jedną niełatwą historią, związanych z konkretną ziemią, której potrzeba było bronić nawet za cenę życia.

Prymas Tysiąclecia jednym sercem kochał Polskę i Kościół. Powiedział wprost: „Kocham Ojczyznę więcej niż własne serce i wszystko co czynię dla Kościoła, czynię dla niej”. Podczas ingresu do Stolicy zastrzegał się: „Nie jestem ani politykiem, ani dyplomatą, nie jestem działaczem ani reformatorem. Jestem natomiast ojcem waszym duchowym, pasterzem i biskupem dusz waszych, jestem apostołem Jezusa Chrystusa”.

  A jednak pełniąc wiernie to właśnie pasterskie posługiwanie Ewangelii, wszedł tak mocno we wspólnotę Narodu, że umierał jako najwyższy autorytet moralny, prawdziwy mąż stanu, niekoronowany król polski, „ojciec Narodu”.

Dziedzictwo, które pozostawił stanowi kamień węgielny naszego budowania dzisiaj i jutro. Nie jest to przybudówka ani gzyms, który można pominąć.

Ważny czynnik polskiej racji stanu stanowi doświadczenie Stefana kardynała Wyszyńskiego, który trzeba podjąć i wprowadzić w nasze codzienne działania.

Ojciec Święty Jan Paweł II prosił: „Oby Kościół i Naród pozostał mocny dziedzictwem kardynała Stefana Wyszyńskiego. Oby to dziedzictwo trwało w nas”.

Dlatego dzisiaj spotykamy się i pochylamy nad tym dziedzictwem.

Staje przed nami pytanie: Jak Prymas Tysiąclecia rozumiał swoją służbę polskiej racji stanu? „Jeżeli Kościół w Ojczyźnie naszej staje w obronie Ewangelii – mówi kardynał Wyszyński – w obronie kultury religijnej, w obronie wolności człowieka, ładu moralnego i chrześcijańskiej moralności, to jednocześnie [...] staje też w obronie narodowej racji stanu [...]. Trudna jest Ewangelia, ale wyznawanie Ewangelii jest podźwignięciem człowieka, rodziny i Narodu [...] Podobnie moralność chrześcijańska, wybitnie wymagająca niesie Narodowi zdrowie. Prawdą jest, że wymaga ofiary, wyrzeczenia się siebie, podporządkowania niższych popędów i skłonności rozumowi, sumieniu i nakazom Bożym. Człowiek musi zapomnieć o tym, co jest chwilowym jego upodobaniem, musi rządzić się zasadami moralności. Jeżeli bowiem ich zaniecha i zerwie z nimi, zanika harmonia życia i współżycia społecznego, zaczyna się bezład. [...] Kościół buduje w Narodzie odpowiedzialność, poruszając sumienie obywateli służy narodowej racji stanu”.

Fundamentalnym punktem obrony polskiej racji stanu była dla kardynała Wyszyńskiego obrona godności człowieka i jego praw. Głosił bezwarunkową, najwyższą na ziemi wartość człowieka. „Zdaje się, Najmilsze Dzieci – mówił Ksiądz Prymas – że stanęliśmy na jakimś ogromnym zakręcie dziejowym, kiedy trzeba bardzo dużo mówić o wysokiej godności człowieka, aby zrozumiano, że człowiek przerasta wszystko, co może istnieć na świecie prócz Boga! Cały bogaty i najbardziej wymyślny świat urządzeń technicznych, wynalazków i niewątpliwie potężnych zdobyczy naukowych, całe olbrzymie bogactwo globu jest niczym w porównaniu z jednym maleńkim człowiekiem, istotą rozumną, wolną i miłującą. [...] Człowiek przerasta wszystko. Wychodzi z najlepszej, najbardziej kochanej rodziny, aby tworzyć życie. Przerasta nawet Naród i Ojczyznę, za którą gotów jest umierać. I państwo, z którego nigdy nie jest zadowolony, chociażby wszyscy rządzący byli z siebie zadowoleni!”

  Najważniejszy jest człowiek

Stefan kardynał Wyszyński uczył szacunku dla człowieka, dla człowieczeństwa: „W pierwszym rozdziale każdego traktatu pokojowego powinien być jeden najważniejszy warunek: uwierzyć w wielkość człowieka! Dopiero wtedy, gdy uwierzymy w jego głębię, zbędna będzie dla nas karta podstawowych praw człowieka, bo w tej głębi znajdzie się wszystko. To będzie świętość, której zbrodnicze ręce tknąć się nie ośmielą! A cóż dopiero mówić o narodzie, złożonym z ludzi tak rozumianych i tak traktowanych”.

Człowieczeństwo jest wartością bezwarunkową. „Najbardziej sponiewierany człowiek, najbardziej obwiniany, obciążony przez wszystkie kodeksy karne, jeszcze pozostaje człowiekiem, bo grzechy można z niego odczyścić a człowieczeństwo zostanie”.

„Musi się w nas rozpocząć głębokie szukanie prawdy przede wszystkim w naturze człowieka. Poznać naturę człowieka, poznać ją głęboko i całkowicie, zrozumieć kim jest właściwie człowiek – to wielki ratunek dla świata współczesnego”.

Godność ludzka jest wartością powszechną, nie zależy od zasług człowieka, od stopnia inteligencji, od statusu społecznego, majątku, ani od zajmowanego stanowiska. Wynika ona z faktu, że jesteśmy dziećmi Bożymi. Każdego człowieka Bóg powołał do życia i bez granic umiłował. Dlatego każdy człowiek jest świętością. Każdy, absolutnie każdy bez względu na jakiekolwiek obciążenia, zasługuje na szacunek.

Stefan kardynał Wyszyński z determinacją bronił podstawowych praw człowieka: prawa do życia, prawa do wyznawania Boga, prawa do prawdy, sprawiedliwości, wolności, miłości i pokoju: „Chociaż byśmy przegrali życie w oczach świata i świat by się nas wyrzekł skazując na śmierć, jak łotrów na ukrzyżowanie – jest to ocena świata. Pozostaje jeszcze ocena Boga. Bóg przekreśla wyrok świata – winien jest śmierci – i ogłasza swój Boży wyrok – Dziś jeszcze będziesz ze mną w raju”.

Ostrzegał przed alienacją osoby, przed zablokowaniem naturalnych tęsknot i dążeń człowieka. Nikt nie ma absolutnej władzy nad drugim człowiekiem. Tylko Bóg.

Wielkim niebezpieczeństwem w czasach komunistycznych było łamanie podstawowych praw ludzkich, zastraszanie społeczeństwa, zniewalanie, ograniczanie wolności osobistej. Nie liczył się człowiek jako osoba, liczyła się klasa, liczyły się masy.

Ksiądz Prymas odważnie bronił człowieka przed zniewoleniem, przed pozbawieniem go przynależnych mu praw. Stawiał granice, których władze bezkarnie przekraczać nie mogły. Upominał się o ludzi aresztowanych, bitych, zwalnianych z pracy, szykanowanych. Głośno, na ambonie domagał się wolności zrzeszania, poszanowania praw własności. Budził w ludziach świadomość osobowych praw człowieka, uczył obrony tych praw, budził odwagę, dawał społeczeństwu poczucie bezpieczeństwa. Rezygnacja człowieka z własnych praw i zaniechanie ich obrony godzi nie tylko w dobro osoby, ale i Narodu.

„Człowiek czy społeczeństwo, które z założenia rezygnuje z obrony swych praw do prawdy, sprawiedliwości, miłości i pokoju czy służby – odstępuje od podstawowych wartości osoby ludzkiej, w wyniku czego wartości te zostają przyhamowane, albo też zanikają i przestają funkcjonować. Taki człowiek i takie społeczeństwo ulega zahamowaniu, nie rozwija się. Jeśli zaś społeczeństwo liczy wielu symulantów moralnych, społecznych, ekonomicznych, czy politycznych to z kolei i Naród,i państwo dochodzą do alienacji. Nie są już tym, co można by nazwać narodem czy państwem, jeśli się chce to czynić szczerze. Stają się ich parodią. Gdy człowiek zajmie postawę, że lepiej się nie wysilać, nie narażać, nie wychylać, godzi się tym samym na ograniczenia własnej godności i rezygnuje z jej obrony.

Wytwarza się dzisiaj swoista psychoza lęku i beznadziejności. Istnieją społeczności ludzi zalęknionych, zatrwożonych, którzy do tego stopnia ulegają lękowi, że niekiedy widzą niebezpieczeństwo nawet tam, gdzie ono faktycznie nie istnieje. Nie dostrzegają nawet przemian, które zachodzą w stosowaniu praw człowieka i obywatela i boją się jeszcze wtedy, gdy już powodów do lęku nie ma [...] nie można człowieka utrzymywać w nieustannym zastraszeniu, bo stwarza to pół-obywateli, z którymi trudno się porozumieć. Jeżeli pod wpływem psychozy lęku wytworzy się atmosfera beznadziejności, to ludzi, którzy jej ulegli, nie można potem uruchomić, uaktywnić, zachęcić do żadnego zadania, programu, czy wysiłku społecznego. Każdą bowiem inicjatywę będą przyjmować z nieufnością”.

Prymas Tysiąclecia rozumiał, że człowiekowi potrzeba nie tylko sprawiedliwości ale i miłości. Uczył tej postawy nie tylko słowem, ale własnym życiem, tak iż stawał się wzorem władania sercem. Pociągał Naród miłując go.

„Pragniemy człowieka – mówił – który by miłował. Czekamy na człowieka, który umiałby... kochać. Takiemu uwierzymy! [...] Za nim pójdziemy! On nas pozyska! Jesteśmy tak przerażeni dziełami nienawiści i zapowiedzią nowych jej owoców, które płyną z zaprogramowanej nienawiści, że pragniemy już tylko, aby człowiek umiał kochać! Aby umiał zwyciężać przez miłość! Jeżeli nas zdobędzie wielki człowiek, to tylko taki, który będzie miał wielką miłość. Gdy zamiast miłości będzie miał nienawiść równie wielką jak on, to może zmilkniemy przed nim, jak zmilknął ongiś świat przed Aleksandrem Macedońskim, przed Augustem, przed Attylą, przed Napoleonem, przed Hitlerem, ale za nim nie pójdziemy!”  

Zdrowa rodzina – mocą Narodu

Kolebką życia i rozwoju człowieka w miłości jest rodzina. Jej trwałość, wiara i siła moralna – to według kardynała Wyszyńskiego jedna z najważniejszych spraw polskiej racji stanu. „Rodzina, Najmilsze Dzieci, jest największą siłą Narodu, i największą gwarantką bytu narodowego. Bez mocnej, czystej, zwartej, zespolonej rodziny nie masz Narodu! Jeśli ktoś chce pracować nad umocnieniem i zjednoczeniem Narodu, musi pracować przede wszystkim nad umocnieniem i zjednoczeniem każdej rodziny. To jest ten wielki program, który ma znaczenie niewątpliwie religijnie, bowiem Bóg zapragnął na tej ziemi rodziny. Ale ma to również znaczenie narodowe”.

Prymas Tysiąclecia rozumiał wartość życia rodzinnego. Sam przyszedł na świat i wzrastał w zdrowej, polskiej, miłującej się rodzinie.

Był jednym z sześciorga dzieci Stanisława i Julianny Wyszyńskich. Matka umarła mając 33 lata po narodzeniu szóstego dziecka. Stefan miał wtedy 9 lat. Matka została jego tęsknotą i miłością do końca życia. W rodzinie Stefan nauczył się wiary, modlitwy, miłości do Polski, pragnienia wolności i szacunku dla człowieka.

Wspominał codzienną wieczorną modlitwę w rodzinie, odmawianie różańca na klęczkach. Z Historii w obrazkach uczył się potajemnie historii Polski. Nocą chodził z ojcem naprawiać krzyże powstańców w okolicznych lasach. Wieczorami, w domu ojca-organisty, zbierali się sąsiedzi i śpiewali pieśni patriotyczne.

W rodzinie nauczył się Stefan szacunku dla każdego człowieka, dla kobiety, kiedy musiał całować w rękę „panią Jesionkową” i zanosić jedzenie ciężko choremu sąsiadowi.

Całe życie Stefana kardynała Wyszyńskiego naznaczone było rodzinnością. Wystarczy wspomnieć jego charakterystyczny sposób zwracania się do wiernych z ambony: „Dzieci Boże, dzieci moje!” Te słowa były prawdą jego serca.

Dostrzegał Stefan kardynał Wyszyński rodzinność jako wymiar istnienia Boga w Trójcy Świętej: Ojca, Syna i Ducha Świętego. Nie zapominał nigdy o istnieniu Matki Chrystusa, Matki Rodziny ludzkiej. Często podkreślał też, że Kościół jest matką, dlatego z miłością odnosi się do wszystkich swoich dzieci. Stefan kardynał Wyszyński uznawał rodzinę za istotną, niczym nie zastąpioną wartość w życiu człowieka i Narodu.

„Stajemy na żywym kamieniu chrześcijańskiego ładu społecznego. Po Bogu Ojcu najwięcej zawdzięczamy na ziemi rodzicom. W Prawie Bożym najpierw wiążemy uczuciami czci z Bogiem, zaraz po Nim – z rodzicami. Obok więzi z Bogiem, największa jest więź z rodzicami i rodziną. Stąd przyrodzony porządek społeczny na świecie umacniany jest z pomocą rodzin i życia rodzinnego. Wszak rodzina jest kolebką Narodu! Słusznie Ojczyznę nazywamy Rodziną Rodzin”.

Bóg stworzył człowieka jako mężczyznę i niewiastę. Tych dwoje zaprasza do szczególnej współpracy z Sobą. Stefan kardynał Wyszyński podkreślał wielką godność powołania małżeńskiego i rodzicielskiego. Wiąże się z tym powołaniem ogromna odpowiedzialność i zadanie. Jeżeli rodzina nie wypełni swojego powołania rodzicielskiego i wychowawczego Naród zginie, przestanie istnieć. Jeżeli rodzina będzie rozbita – zdegradowane będzie także społeczeństwo.

Prymas Tysiąclecia świadomy zagrożeń wołał: „Rodzicie, pamiętajcie! Przyszła w Polsce wasza godzina! Jesteśmy w tak trudnym położeniu, że często nie wiemy, jak ubezpieczyć nasz byt narodowy, jakich sił szukać, na jakiej skale się oprzeć. Jesteśmy wśród lotnych piasków zmieniających się sytuacji i koniunktur i nie znajdziemy ani dla naszego bytu narodowego, ani dla kultury chrześcijańskiej innego oparcia, jak tylko zdrową rodzinę. Rodzice! Wasza godzina w Polsce nadeszła. Nie myślcie, że kto inny uratuje nasz Naród. Nas uratuje zdrowa rodzina katolicka”.

„Obudzicie się – wołał Prymas Tysiąclecia – otrzeźwiejcie! Wyzwólcie się z obłędu ! To jest obłęd samobójczy !

Kościół podnosi potężny głos w obronie życia Polaków. I tego głosu nie obniży ! Będzie wołał coraz głośniej, coraz potężniej, coraz nieustępliwej: Otrzeźwiejcie! Aby ziemia nasza nie stała się krainą Herodów i herodowych zbrodni!

Pasterz tej Stolicy woła dziś do Was, woła do Stolicy i diecezji, woła do całego Narodu: obudźcie się! Ratujcie życie! Wszak tu chodzi o życie Narodu! Zginajcie kolana przed każdym rodzącym się życiem, przed każdym dziecięciem. Wy, rodzice, lekarze i pielęgniarki, Wy, rządzący dziś Narodem, wszyscy, od góry do dołu, którym powierzona jest straż życia w Narodzie, którzy macie prowadzić go ku życiu, nie ku śmierci i zagładzie ! Uczcie się obyczajów ludzkich, betlejemskich, nie herodowych. Szanujcie życie”.

Powołanie do założenia rodziny Prymas Tysiąclecia rozumiał jako spełnienie człowieczeństwa, powołanie do miłości. „Bogu idzie o miłość! Dlatego stoi On między Wami, Dzieci najmilsze, jako Bóg – Miłość i Ojciec Waszej miłości. Wszczepia w wasze dusze miłość: miłość ciał i dusz, bo jest Ojcem i ciał i dusz. Jako Bóg – Miłość oczekuje miłości, raduje się Waszą miłością i pragnie, abyście się kochali. W Nim, jako Bogu Miłości, łączy się to życie, które On nieci i przez Was przekazuje”.

Na rodzinie spoczywa nie tylko szczytne zadanie przekazywania życia, uczył kardynał Wyszyński – ale także wychowanie. To rodzice mają prawo decyzji o kierunku wychowania swoich dzieci. Prawo do tej decyzji zagwarantowane jest prawem naturalnym i jest niepodważalne. To nie szkoła i nie państwo decyduje o kształcie wychowania człowieka, ale rodzice. To prawo Prymas Tysiąclecia często uświadamiał rodzicom. Dodawał im odwagi, aby nie rezygnowali z tego prawa i nie pozwolili go sobie odebrać.

Broniąc dobra człowieka i dobra Narodu Stefan kardynał Wyszyński upominał się o prawa rodziny. Ojcowie rodzin – uczył – mają prawo do wynagrodzenia rodzinnego. Zadania matki, jej macierzyńskie posługiwanie w domu, to nie sprawa prywatna kobiety, to służba społeczna. Rodziny wielodzietne to nie obciążenie, ale błogosławieństwo dla społeczeństwa. Rodziny mają prawo do swojej własności, do ziemi rodzinnej. Ostro występował Ksiądz Prymas przeciwko bezprawnemu wywłaszczeniu rodzin, odbieraniu im gospodarstw i domów, np. w związku z budową dróg czy terenów rekreacyjnych.

Rodzina wymaga szczególnej troski społecznej ponieważ jest podstawową cząstką Narodu. Od niej zależy byt, prawość i prężność Ojczyzny. W rodzinie przychodzą na świat i uczą się życia przyszłe pokolenia.

  Idącym w przyszłość

Młodzież znajdowała w sercu i nauczaniu Prymasa Tysiąclecia uprzywilejowane miejsce. Stosował pedagogię serca, szacunku i zaufania. Umiał też z miłością, a jednocześnie z mocą stawiać wymagania.

Młodzież znała głos swego Pasterza. Kiedy mówił konferencję do młodzieży akademickiej, czy to w kościele Św. Anny w Warszawie, czy w Gdańsku, w Poznaniu, w Lublinie świątynie były pełne. Zdarzało się, że młodzi porwani entuzjazmem podnosili auto razem z Księdzem Prymasem, aby mu okazać wyraz swojej solidarności, zrozumienia i oddania.

  Jakie treści poruszał Prymas Tysiąclecia w przemówieniach do młodzieży?

Mówił o sensie i wartości życia, o ludzkiej godności, o prawach i obowiązkach młodego pokolenia, ukazywał zagrożenia, niebezpieczeństwa, wytyczał zadania, uczył miłości do Ojczyzny.

Był przekonany, że młodzież w głębi serca pragnie dobra, zdolna jest do wysiłku i poświęcenia. Minęło wiele lat, a młodzi ludzie nadal z entuzjazmem odkrywają mądrość ukrytą w nauczaniu Prymasa Tysiąclecia.

Katolickie Stowarzyszenie Akademickie „Soli Deo” przy współpracy Instytutu Prymasowskiego organizują konkursy dla młodzieży szkół średnich z zakresu wiedzy o życiu i nauczaniu Prymasa Tysiąclecia. Ze zdumiewającą intuicją ci młodzi ludzie odkrywają istotę nauczania Prymasa Tysiąclecia, mówiąc, że to są dla nich „słowa życia”.

Rzeczywiście kardynał Stefan Wyszyński rozumiał młodzież, znał jej tęsknoty, ogarniał sercem, aby przeprowadzić przez niebezpieczne zasadzki. „Jesteście pokoleniem milenijnym, przełomowym, które żyje na grani dwóch Tysiącleci. Wiecie jak trudno jest utrzymać się na grani. Wieją tam potężne wichry i szaleją burze... Trzeba mocno trzymać się ‘pazurami’ rodzimej skały, aby nie spaść na dno przepaści. Trzeba nie lada wysiłku i bohaterskiego męstwa, aby się ostać... Tylko orły szybują nad graniami i nie lękają się przepaści wichrów i burz. Musicie mieć w sobie coś z orłów![...] Będziecie wtedy mogli jak orły przebić się przez wszystkie dziejowe przełomy, wichry i burze, nie dając się spętać żadną niewolą. Pamiętajcie – orły to wolne ptaki, bo szybują wysoko”.

Jak orzeł wyprowadza z gniazda pisklęta, biorąc je na siebie, tak Prymas Tysiąclecia brał młode pokolenie na swoje ramiona i uczył odróżniania dobra od zła. „Aby zrozumieć sens własnego życia – mówił – trzeba się wspiąć wysoko, aż do myśli Bożej. Trzeba oderwać się od siebie, od wąskiej otoki własnego, egocentrycznego bytowania, aby zrozumieć wielkość swego bytu, istnienia i wartość jednego, jedynego, niepowtarzalnego życia”.

Mówiąc do młodzieży Prymas Tysiąclecia podkreślał potrzebę wychodzenia z siebie i przekraczania granic. Wychowywał w ten sposób młode pokolenie do zrozumienia, że człowiek z natury jest istotą społeczną. „Człowiek z natury ma tę władzę, że ciągle wychodzi z siebie i musi z siebie wychodzić. Biada człowiekowi, który szuka idei w nirwanie, który szuka idei odosobnienia i zamyka się w sobie”.

Stefan kardynał Wyszyński ostrzegał młode pokolenie przed grożącymi mu zniewoleniami. „Swoistą postacią zniewolenia współczesnego człowieka jest narzucanie mu gwałtem niewiary, ateizacja – mówiąc po polsku – bezbożnictwo. Wy to rozumiecie, nie muszę Wam o tym dużo mówić, bo jesteście młodzieżą, która nie miała możliwości w szkole zespolić wysiłków myślowych z religijną formacją”.

Proponowany ateizm spowodował groźne skutki idące daleko w przyszłość: „Ilu w Polsce jest takich ludzi, którzy udawali ateistów i bezbożników z obawy, z lęku i trwogi? Czy myślicie, że to uchodzi bezkarnie? Żadną miarą! To jest ciężkie okaleczenie psychiki ludzkiej i to później wydaje swoje owoce, rzutuje na przyszłość [...] Człowiek musiałby podźwignąć się z głębokiego trzęsawiska kłamstwa, nieprawdy i nieszczerości, z lęku, z pospolitego wyrachowania i tchórzostwa, aby mogła zacząć się prawdziwa odnowa moralna naszego społeczeństwa”.

Wśród zagrożeń, na jakie narażone było młode pokolenie Stefan kardynał Wyszyński wymienia niewolę słabości i grzechu, znieprawienia człowieka przez pijaństwo, narkomanię, lenistwo. A jakie zadania ukazywał młodzieży?

Wzywał do zwyciężania siebie. „Chrystus stawia Wam wymaganie umiejętności walk z sobą, ze swymi popędami i złymi skłonnościami. Żąda od Was pracy nad sobą. Ale tylko za cenę tej pracy zwycięża się samego siebie. Zwycięstwo nad sobą jest najtrudniejsze, ale też i najbardziej wartościowe, najwięcej daje Wam osobiście i wychowuje Was do życia, które jest przed Wami. Nie sztuka jest zwyciężać innych, sztuka jest zwyciężyć siebie samego. [...] Może waszą młodzieńczość pociąga niekiedy dowolność i swoboda życia, ale szybko się przekonujecie – chociaż pragnąłbym, abyście się nigdy osobiście o tym nie przekonali, że wszelka ‘wolność’, dowolność moralna kończy się ostatecznie katastrofą, której się wkrótce żałuje. Panowanie nad sobą i walka ze złymi skłonnościami, zakończona zwycięstwem, dają radość i rodzą doniosłe owoce osobiste i społeczne. Ale to kosztuje.

A cóż nie kosztuje, Najmilsze Dzieci?! Każda rzecz wielka musi kosztować i musi być trudna. Tylko rzeczy małe i liche są łatwe”.

Stefan kardynał Wyszyński prosił młodzież, aby nie korzystała z ułatwionego życia, ze znajomości, układów, łatwizny, rezygnując z własnego wysiłku intelektualnego. „Tak jest, Najmilsze Dzieci, nawet w obliczu Boga, który dał człowiekowi nie tylko łaskę wiary i miłość, ale dał mu także rozum. Tym bardziej więc na uczelni musicie zwalczać mit niedbalstwa, łatwizny, dyspozycyjności i uprzedzenia. Nie możecie korzystać z usprawiedliwienia w sumieniu, ze zwolnienia się od własnego osobistego wysiłku umysłowego. I nie ma większej pracy dla postępu, jak stworzenie takich warunków, w których ludzie dochodzą do dyplomu na drodze rozumu, a nie drogą protekcji, uprzywilejowania. Młodzieży katolicka, jak umiem, proszę Was, abyście na przyszłość nigdy nie korzystali z jakiegoś uprzywilejowania, bo najwięcej krzywdy wyrządzacie własnej godności. Krzywdę wyrządzacie również porządkowi kulturalnemu Narodu, waszej kulturze osobistej i prawdziwemu postępowi kultury”.

Prymas Tysiąclecia ukazywał młodzieży niebezpieczeństwo technicyzmu godzącego w prymat osoby ludzkiej. Prosił młodzież, aby szanowała czas, zwalczała niekompetencję i brak systematyczności. Pragnął też w sercach młodych ludzi wzbudzić miłość do Ojczyzny. „Droga Młodzieży! Jeżeli umiesz patrzeć w przyszłość – a my jesteśmy narodem ambitnym, który nie chce umierać! – musisz sobie postawić wielkie wymagania. Musisz wychowywać się w duchu ofiary i do ofiary się uzdalniać. Może bowiem przyjść taka chwila, w której tylko ofiarą będzie można zagwarantować wolność Ojczyźnie! Gdyby w Polsce zniknęło pokolenie zdolne do ofiary, musielibyśmy już dzisiaj wątpić o zachowaniu niepodległości!.”

Wartość kultury ojczystej

Trudno w zwięzłych słowach wyrazić wkład Prymasa Tysiąclecia w obronę kultury narodowej. W liście na 30-tą rocznicę powołania go na stolicę gnieźnieńską i warszawską Arcybiskup Metropolita Krakowski Karol Wojtyła napisał, że jest to „Człowiek, który nie tylko umiłował dzieje – czyli przeszłość ojczystej kultury, ale który tę kulturę tak wspaniale tworzy na żywo i kształtuje na oczach obecnego pokolenia Polaków i wraz z nimi”.

Obejmując stolicę gnieźnieńską i warszawską po wojnie w 1949 roku, stąpał po gruzach Stolicy, pochylał się nad ruinami Polski, które kryły w sobie najcenniejsze zabytki, skarby kultury polskiej. Podtrzymywał nadzieję ludzi podejmujących wielkie dzieło odbudowy zniszczonej Ojczyzny. „Cały Naród przyzwyczajony jest do gruzów. Ale my się gruzów nie lękamy, nie załamujemy nad nimi rąk. Przeciwnie, widok gruzów wyzwala w nas nowe potężne siły i gorące pragnienie walki o lepsze, odbudowane jutro. Ten obowiązek odbudowy wyzwala w nas nowe siły. Jesteśmy Narodem młodym, prężnym, o kulturze starej, szlachetnej i wspaniałej. To, że musimy odbudowywać nie jest naszą klęską. Jest naszą szkołą! Jest organizowaniem i mobilizowaniem energii, jest naszą ciągłą młodością, bo nie pozwala się nam zestarzeć.”

Jakże ważne są te słowa dzisiaj, gdy musimy znowu odbudowywać naszą Ojczyznę z ruin moralnych i ekonomicznych. Dźwigające się z ruin świątynie były znakiem dźwigania się ducha Narodu.

Szczególną zasługą Prymasa Tysiąclecia była odbudowa i regotyzacja katedry gnieźnińskiej. Podczas uroczystości podniesienia sarkofagu Świętego Wojciecha w 1960 roku mówił: „W czasach, gdy człowiek tak często pada ofiarą niewolniczej służby materii, gdy nie dostrzega się w nim ducha, trzeba wysoko przed oczy ludzi wynosić człowieka i jego wielką, Bożą godność. Gdy odnawiamy styl świątyni, musimy mieć dla niej wzór – styl człowieka. Dlatego na właściwe miejsce dźwigamy człowieka, który miał w swoim życiu Boży styl. Według tego stylu kształtowało się życie chrześcijańskie w Ojczyźnie naszej, organizacja Kościoła Świętego, kultura Narodu.”

Znakiem odradzania się Ojczyzny po zniszczeniach wojennych była odbudowa katedry Świętego Jana w Warszawie. W dniu konsekracji świątyni 9 czerwca 1960 roku Ksiądz Prymas mówił: „Świątynia jest jakby chlebną dzieżą, w której zaczyn Boży przenika i przerabia to, co w życiu naszym zbyt ludzkie, aby Bożym się stawało. [...] Tak ściśle związały się dzieje świętojańskiej świątyni z dziejami Narodu, że nie sposób ich rozdzielić. Losy Państwa odbijały się na tych murach i wypisywały swe wymowne znaki klęsk i chwały [...] Niedawne to chwile, gdy przez Archikatedrę biegł front walki. Nacierała nienawiść najeźdźcy, broniła świętych ołtarzy miłość i wiara powstańców warszawskich. Tu na posadce, którą omywamy dziś wodą poświęconą, płynęły potoki krwi najlepszych synów Stolicy. [...] Ci, którzy tu padli, pouczyli nas, jak trzeba żyć i umierać w obronie największych świętości Narodu”.

Podnoszenie świątyń z gruzów było znakiem, że Polacy chcą nadal kroczyć własnymi, od wieków wytyczonymi ścieżkami ku nowym wiekom kultury narodowej.

Kardynał Wyszyński wspierał liczne dzieła i inicjatywy mające na celu obronę i rozwój kultury polskiej. Podkreślał jej wielkie znacznie w życiu Narodu, który pomimo wielkich doświadczeń dziejowych nie chce umierać i ciągle się odradza.

„Jest to wielka tajemnica Boża – mówił – Polacy są dziwnym narodem. Właśnie wtedy, gdy im trudno, gdy mają wielkie przeciwności, zdobywają się na potężne wysiłki. W czasie beznadziejnej niewoli pojawiły się najpiękniejsze postacie – wspaniała trójca wieszczów narodowych: Mickiewicz, Krasiński, Słowacki, później Norwid, wreszcie Sienkiewicz – potężne duchy, wyrosłe z bólu, męki i cierpienia Narodu. Jest coś w Narodzie polskim, że właśnie wtedy, gdy mu ciężko, mobilizuje wszystkie siły i zwycięża”.

Stefan kardynał Wyszyński widział w kulturze wartość wyrażającą się nie tylko we wspaniałych zabytkach, literaturze, sztuce, ale w całym życiu ludzkim, które Bóg przenika swoją miłością. „Ogromnie trudno jest dośledzić ten znikomy znak życia, który mieści się dobrze schroniony przez Stwórcę pod sercem matki. [...] Mamy zwyczaj niepotrzebnie obliczać sobie lata i zaglądać do dowodu osobistego. O naszym początku nic nam to nie powie. Bóg pierwszy mnie umiłował, to znaczy – pomyślał mnie, zanim o tym mówiono w ognisku rodzinnym. I właśnie tutaj zaczyna się kultura”.

Świat daleko odszedł od takiego rozumienia kultury. Zwycięża prawo walk i przemocy. W międzynarodowych układach sił nie liczy się człowiek. Dlatego Stefan kardynał Wyszyński z bólem mówił: „Ogromnie trudno jest po tylu latach dziejów ludzkości mówić dzisiaj o kulturze. Naprzód trzeba uwierzyć w godność człowieka. Współczesna ludzkość ma pracować na rzecz takiej kultury, która by doceniła zaczątek człowieka pod sercem matki i zrozumiała Boga Człowieka, klęczącego u stóp ludzi. Do tego jeszcze daleko, ale to jest osiągalne. Do tego ma zmierzać wysiłek prawdziwej kultury wszystkich ludów i narodów. [...] Zawsze mnie wzrusza, gdy widzę przed sobą małe dziecko, przewracające się na trawie, bo ten maluczki, zda się nieudolny człowiek, jest już głębią, a serce jego przepaścią – profundum. To jest człowiek! Wokół każdego człowieka, nawet najmniejszego, trzeba chodzić oględnie, wiedząc, że to jest cały, pełny człowiek i że jego możliwości są nieskończone”.

Prymas Tysiąclecia uczył, że kulturę ludzi i narodów poznaje się po sposobie odnoszenia się do człowieka.

Ten fundament ludzkiej kultury umacniał całym swoim życiem, nauczaniem i posługiwaniem! Uczył Naród dojrzałej kultury życia, kultury, która szanuje i dźwiga człowieka, eliminuje agresję i przemoc, szuka rozwiązań na drodze miłości społecznej, przebaczenia i dialogu. W ten sposób przygotował grunt dla „bezkrwawej rewolucji” i przezwyciężenia niewoli komunistycznej. Był to program obrony człowieka, troski o życie ludzkie, aby brat nie strzelał do brata. W tym duchu Prymas Tysiąclecia wychowywał Naród od początku swojego posługiwania – przed uwięzieniem i po odzyskaniu wolności. Przemawiając na Jasnej Górze w 1958 r. podczas ogólnopolskiej pielgrzymki pisarzy, prosił ich, aby jak psy lizali rany Narodu: „Język leczący rany nędzarza! Język liżący rany, gdy nikt już nie chce tego czynić, ‘psi język’. Mówi się: Wierny jak pies! Bo gdy już ludzie odejdą od człowieka nieszczęsnego i zostawią go w nędzy i męce, jeszcze pies siedzi i czuwa. [...] Może się na mnie obrazicie, wytworni Pisarze! Wszystko mi jedno. Obraźcie się na mnie i Wy! Będzie to jeszcze jedna kategoria ludzi, obrażających się na Prymasa. Ale Wam powiem: macie być psami, może jedynymi, którym została jeszcze odrobina miłości do człowieka pokaleczonego i poranionego! Wasz język musi im służyć, gdy ludzie wielcy i wspaniali, ucztujący w pałacach, już nie widzą człowieka poranionego, wyrzuconego na ulicę, wciąż jeszcze bitego i kopanego! Ktoś musi się nad nimi zlitować, bo to przecież twój brat, twój rodak! A chociaż byłby i twoim wrogiem – człowiekiem jest! [...]

Nazwałem Was ‘psami’ dlatego, że to właściwie Wy musicie użyć swego języka, aby ‘wylizać rany’ pobitych. I nie cofnę tej nazwy! Bądźcie raczej psami, abyście tylko pełnili zadanie, które tak jest potrzebne cierpiącej duszy Narodu”.

Prymas Tysiąclecia nie tylko innych wzywał do pełnienia tego zadania, sam, jak wierny pies, „lizał rany” Narodu.

  Polska – ale jaka?
 
„Dla nas po Bogu, największa miłość to Polska! Musimy po Bogu dochować wierności przede wszystkim naszej Ojczyźnie i narodowej kulturze polskiej. Będziemy kochali wszystkich ludzi na świecie, ale w porządku miłości. Po Bogu więc, po Jezusie Chrystusie i Matce Najświętszej, po całym ładzie Bożym, nasza miłość należy się przede wszystkim naszej Ojczyźnie, mowie, dziejom i kulturze, z której wyrastamy na polskiej ziemi. I chociażby obwieszczono na transparentach najrozmaitsze wezwania do miłowania wszystkich ludów i narodów, nie będziemy temu przeciwni, ale będziemy żądali, abyśmy mogli żyć przede wszystkim duchem, dziejami, kulturą i mową naszej polskiej ziemi, wypracowanej przez wieki życiem naszych praojców”.

Prymas Tysiąclecia często pytał: Jakiej chcecie Polski? Odwróćmy to pytanie i zapytajmy dzisiaj: Jakiej Polski on chciał?

Stefan kardynał Wyszyński chciał Polski mocnej duchem, opartej na fundamencie wiary. „Polska jest zespolona – mówił – nie jednym więzłem, nie parcianym powrozem. Polska jest zespolona sercem wiary. Jej siłą jest wiara Chrystusowa!”

W czasie prześladowania Kościoła upominał się o prawa ludzi wierzących we własnej Ojczyźnie. „I biskup katolicki, i kapłan katolicki, i każdy katolik w Polsce też jest Polakiem i też stanowi Naród. My, ludzie ochrzczeni, weszliśmy całą siłą naszego chrześcijańskiego ducha w życie Narodu i temu narodowi ani krzywdy, ani ujmy nie przynieśliśmy. Dlatego nie pozwolimy sobie zatkać ust przekupną dłonią”.

Prymas Tysiąclecia chciał Polski wolnej. Gdyby nie umiłowanie wolności nie byłoby naszej Ojczyzny na mapie świata: „Walki Polaków na wszystkich kontynentach, gdzie tylko podejmowano walkę o wolność, są tak znane w świecie, iż nadają nam miano Narodu najbardziej miłującego wolność. Podejmowano jednak nie tylko walki orężne, ale wysiłki w wewnętrznym życiu Narodu. Były one niekiedy bardziej znamienne i owocne, jako czynniki składowe odzyskanej później wolności niż zrywy orężne! Wolność Narodu nie wybuchła więc od razu, ale dojrzewała powoli. Była owocem długiego, historycznego trudu, noszona w wielkim miłującym łonie Narodu jak płód, który nosi matka pod sercem i musi wydać na świat wtedy, gdy przyjdzie moment dojrzałości ukształtowanego już w niej dojrzałego życia.

Nie myślcie, najmilsze dzieci Boże, że wolność spadła nam z nieba, bez wysiłku, bez udziału całego Narodu. Naród w niewoli nie przestał wierzyć w sprawiedliwość Bożą. Wołał nieustannie, cierpliwie, wytrwale: ‘Przed Twe ołtarze zanosim błaganie, Ojczyznę wolną, racz nam wrócić Panie!’ Ten śpiew, krzyk rozpaczy, nadziei i wiary przebijał niebiosa, mobilizował całą Polskę, rozlegał się w kraju ojczystym i na wygnaniu, w więzieniach i kopalniach. Zewsząd podnosił się w niebo wielki, potężny głos Narodu, który nie chce i nie może umrzeć, bo mu nie wolno, nie ma do tego prawa!”

Polska nie mogła w ciągu dziejów liczyć na układy, na to, że jakieś państwo zrobi nam prezent z wolności. Polska musiała strzec swojej tożsamości i zmagać się o niepodległość. „Naród polski ma szlachetne ambicje, aby podnosić się – jak feniks – z popiołów. [...].Polska wróciła do praw wolnego państwa, ponieważ nigdy nie utraciła wiary w swoje prawo do wolności. Od początku swych dziejów Naród nasz pracował na odzyskanie wolności państwa, wyrabiając sobie na karcie Europy takie miejsce, iż nie zdołały go zatrzeć zmienione granice, podziały i zakusy potężnych monarchów wielkich imperiów. Bóg im odebrał ducha, a uciemiężony Naród pozostawił tam, gdzie zgodnie z zamiarami Opatrzności Bożej być powinien”.

Polska racja stanu domaga się szczególnego poszanowania więzi z przeszłością. Wpajał to w świadomość Narodu Prymas Tysiąclecia, ostrzegając, że nie wolno tworzyć „dziejów bez dziejów”.

„Dziś, po dziesięciu wiekach nie możemy zacząć budowania w ‘czystym polu’. Polska bowiem ma wspaniałą przeszłość, ma swoje dzieje, kulturę, literaturę, sztukę, rzeźbę. Musimy więc nieustannie nawiązywać do przeszłości! Naród bez przeszłości jest godny współczucia. Naród, który nie może nawiązać do dziejów, który nie może wypowiedzieć się ze swoją własną duchowością – jest narodem niewolniczym. Naród, który odcina się od historii, który się jej wstydzi, który wychowuje młode pokolenie bez powiązań historycznych – to Naród renegatów. Nie wolno tworzyć ‘dziejów bez dziejów’; nie wolno zapomnieć o tysiącleciu naszej ojczystej i chrześcijańskiej drogi, nie wolno sprowadzać Narodu na poziom ‘zaczynania od początku’, jakby tu, w Polsce, dotąd nic wartościowego się nie działo; nie wolno milczeć, gdy na ostatni plan w wychowaniu młodego pokolenia spycha się kulturę rodzimą, jej literaturę i sztukę, i jej moralność chrześcijańską oraz związek Polski z Kościołem rzymskim i z przyniesionymi do Polski wartościami Ewangelii, Krzyża i mocy nadprzyrodzonych. Nasza godność narodowa wymaga, byśmy oparli się tej zarozumiałości, z jaką lekceważone jest wszystko, co polskie, na rzecz tak na nam obcego importu”.

Zmagał się Prymas Tysiąclecia z prześladowaniem, wytrzymywał ataki, że miesza się do polityki, ale nie ustawał w obronie tożsamości Ojczyzny, w dążeniu, aby Polska była Polską. „Na każdym progu walczyć będziemy o to, aby Polska – Polską była! Aby w Polsce – po polsku się myślało! Aby w Polsce – polski duch Narodu chrześcijańskiego czuł się w swobodzie i wolności.

Chociaż jeździmy za granicę na studia, w Polsce mogą się inne narody wiele nauczyć. Podziwiają one naszą cierpliwość, spokój, dojrzałość polityczną, naszą pracowitość, religijność, wierność Bogu, nasze umiłowanie wolności i pokoju. Są to wielkie walory i wielkie moce Narodu tak dziwnego, biednego, a jednak żywiącego swym chlebem wszystkich głodnych; tak zda się nieszczęśliwego, a jednak pełnego radości. W Polsce nawet przez łzy i ból śmieją się oczy naszych dzieci, matek, cór i synów. W Polsce nawet w obliczu śmierci dusza jest jasna, bo wie, że idzie w ramiona Ojca najlepszego, który jest Bogiem żywych, a nie umarłych. Mogą się zaiste inne narody wiele od nas uczyć. I dlatego dobrze, że Polska jest rozgrodzona na wszystkie strony. Gdybyśmy siedzieli za wysokimi górami, albo za rozległymi oceanami ubezpieczając się nimi, łatwo byśmy osłabli duchowo, szybko skarłowacieli, jak tyle narodów skarłowaciało. A ponieważ siedzimy na wielkiej przełęczy kulturalnej i dziejowej, ponieważ biją w nas wszystkie wichry, musimy się trzymać mocno, ażeby nie spaść. Musimy być trzeźwi, musimy chodzić na obydwu nogach, uważnie badając dookoła, jak poprzez grzbiety i szczyty, poprzez wykroty dziejowe przeprowadzić Naród bezpiecznie”.

„Jakże wielka jest więc odpowiedzialność za nasze miejsce tutaj i za wypełnienie wszystkich obowiązków, które ciążą dziś na Narodzie polskim. Abyśmy jednak mogli wypełniać swoje zadania, niezbędna jest suwerenność narodowa, moralna, społeczna, kulturalna i ekonomiczna! Każdy Naród pracuje przede wszystkim dla siebie, dla swoich dzieci, dla swoich rodzin, pracuje dla swoich obywateli i dla własnej kultury społecznej. A chociaż dzisiaj tak jest, że pełnej suwerenności między narodami powiązanymi różnymi układami i blokami nie ma, to jednak są granice dla tych układów, granice odpowiedzialności za własny Naród, za jego prawa, a więc i za prawo do suwerenności”.

O sile Polski decyduje jej wewnętrzna duchowa moc. Dlatego polska racja stanu wymaga poszanowania moralności chrześcijańskiej. Prymas Tysiąclecia dźwigał Naród z wad i grzechów w imię dobra człowieka i Ojczyzny. Program moralnego odrodzenia Polski zawarł w Ślubach Jasnogórskich, które napisał w więzieniu w Komańczy. Naród złożył je na Jasnej Górze 26 sierpnia 1956 roku. Był to jednocześnie zryw wolności, czas pierwszego społecznego przełomu. Prymas Polski wzywał do rzeczywistej odnowy Ojczyzny: „Naród polski składał już wiele razy swoje ślubowania i chociaż dochował wiary Kościołowi, to jednak nie wyzbył się wielu nałogów i wad narodowych, które nie dadzą się pogodzić z postawą Narodu wierzącego. Tak często jesteśmy przedmiotem zgorszenia, gdy ludzie niewierzący patrzą na życie wierzących. Nasza moralna słabość i chwiejność, pomimo silnej wiary, nasz relatywizm moralny, skłonny do ulegania złym przykładom i prądom, posłuch najrozmaitszym błędom, nieraz wprost absurdalnym, upadek moralności małżeńskiej, niewierność, rozwiązłość, nietrzeźwość, to wszystko sprawia, że pion moralno-społeczny Narodu jest tak chwiejny. Umiemy trwać godzinami w świątyniach, stać na placu jasnogórskim jak stara dąbrowa, ale ulegamy łatwo najsłabszym nawet podnietom do wszystkich grzechów i występków. Jesteśmy duchowo rozdwojeni, rozbici psychicznie, a stąd pozbawieni stylu życia i charakteru narodowego. To wszystko umiemy dziwnie łączyć z naszym przywiązaniem do Kościoła, którego nie słuchamy w codziennym życiu; z naszą gorącą modlitwą, z której nie zbieramy należytych owoców; z naszą czcią do Matki Najświętszej, której tak przeciwne jest nasze życie codzienne. Zwalczać to rozdwojenie, zdobyć pion moralny, nauczyć się zwyciężać siebie, zdobyć męstwo wiary i życia chrześcijańskiego – oto błogosławione dążenie niemal zachowawczego instynktu narodowego i zmysłu katolickiego”.

Obronę zdrowia moralnego utożsamiał Kardynał Wyszyński z obroną Ojczyzny i jej miejsca w rodzinie narodów. Nawet od wrogów można się uczyć mądrości: „Wrogowie wiedzą, co narodowi służy, a co mu szkodzi. A jeśli chcą mu szkodzić, niszczą to, co mu pomaga. Dlatego też najeźdźcy zawsze niszczyli Kościół i chcieli zatrzeć ślady moralności chrześcijańskiej w życiu Narodu. Dlatego starali się Naród upodlić i rozpić. Są to lekcje z niedawnej przeszłości. Obyśmy ich szybko nie zapomnieli, mogą się nam bowiem przydać! Wrogów naszego Narodu poznajemy po tym, jak się odnoszą do Boga i do moralności chrześcijańskiej. Umieją oni ocenić sens tej moralności dla nas. Wiedzą, że jest ona siłą i mocą Narodu, że najlepiej służy jego bytowi, całości i jedności. I dlatego chcąc zniszczyć Naród, niszczą jego wiarę i moralność chrześcijańską”.

Polska pomimo swoich wad i słabości umie dźwigać się z grzechów i dochować wierności Bogu. To było i jest naszą szansą, naszą nadzieją także dzisiaj: „Byliśmy zawsze ciekawi świata. Na żądzę ‘nowostek’ w Narodzie narzekali wszyscy moraliści i publicyści polscy. Ale znaliśmy granice, które umieliśmy stawiać obcym duchowości polskiej wpływom; oparliśmy się niemczyźnie protestanckiej, kalwinizmowi, oparliśmy się wpływom tatarsko-tureckim, oparliśmy się amoralizmowi wieku Odrodzenia, chociaż przyjęliśmy jego sztukę. Polska dobrotliwość oparła się złym wpływom tylu zaborów i krzywd wyrządzanych przez najeźdźców. Dziś potrzeba nam wierności – zarówno naszemu duchowi narodowemu, jak i Ewangelii Chrystusowej. Potrzeba nam sumiennego wypełniania obowiązków, które płyną z odpowiedzialności za Naród i chrześcijańską Ojczyznę. I dlatego wzmacniamy naszego ducha ślubami i przyrzeczeniami, aby wytrwać”.  

Obrona ziemi – gwarancją wolności Narodu

Prymas Tysiąclecia czerpiąc mądrość z księgi dziejów, którą umiał czytać z zadziwiającą umiejętnością i stosować do chwili obecnej, ostrzegał Polaków, aby nie wyzbywali się ziemi ojczystej.

„Z przeszłości naszej możemy czerpać ostrzeżenie na przyszłość. Ziemi ojczystej trzeba zawsze bronić, a bronić jej można wtedy, gdy tkwimy w niej korzeniami jak drzewa. O wiele trudniej jest bronić Ojczyzny z miast, o ileż łatwiej ją wówczas zniszczyć! Trudniej wrogom dotrzeć do każdej wsi, do każdego zagonu, do każdej chaty, gdzie mieszkają ludzie związani głębokim uczuciem umiłowania ziemi, która daje i wsi i miastu chleb nasz powszechni, o który modlimy się do Ojca darów niebieskich.

Całe pokolenia ujarzmione przez obce narody, walczyły o prawo do własnej ziemi. Stąd szczególny charakter obronności ziemi. Nie tylko armia broni terenów ojczystych, ale i ludzie, którzy na niej żyją i – jak trawy wśród jałowców i gęstych lasów – bronią jej nienaruszalności. [...] Ziemia ojczysta, zwłaszcza w naszym układzie geopolitycznym, jest elementem tak doniosłym, że musi być należycie obsłużona.

Miłość do ziemi ojczystej gwarantuje wolność i stabilność Narodu w jego granicach. Przecież nie kto inny, tylko nasi nieprzyjaciele zwrócili na to baczną naszą uwagę w czasie okupacji, gdy mówili butnie: nam nie są potrzebni Polacy, nam jest potrzebna ich ziemia. Rozpoczęli więc tragiczną rozprawę z Narodem – wysiedlanie Polaków i niszczenie warstwy, która broni Polskę przed tym, by nie stała się lotnym piaskiem. [...] Tak było w czasie rozbiorów. Nie było, zda się, nikogo do obrony, ale pozostał Naród, który ogarniał sercem każdy zagon i nie pozwolił go sobie wydrzeć, bo to jest warunek trwałości naszego bytowania narodowego. Cóż z tego, że nabudujemy wiele miast, które się amerykanizują w swoim zewnętrznym wyglądzie? Cóż z tego, że wejdziemy w ślady swoistego kapitalizmu przemysłowego, jeśli nie będzie komu dostarczyć dla wielkich miast chleba, warzyw i wszystkiego, czego pilnie potrzebuje dziecko, i mędrzec, i starzec.

Dlatego też niezmiernie doniosłą rzeczą jest docenić znaczenie prywatnej własności rolnej, bo to jest warunek stabilności bytowania Narodu. [...] Zgadzamy się z tym, że trzeba poprawić warunki życia i pracy rolników, starać się o to, aby ich praca była lżejsza, ale musimy jak drzewa korzeniami trzymać się gleby ojczystej, aby Naród nie był przepychany w swoich granicach etnicznych na skutek słabego zaludnienia i niedostatecznego wszczepienia się w ojcowiznę.

Ponieważ Polska jest krajem rolniczym, należy w licznych i skomplikowanych zadaniach naprzód wykorzystać dla dobra społecznego właściwości i wartości przyrodzone, naturalne naszego układu bytowego. Dlatego musi istnieć realizm w budowaniu lepszej przyszłości. Realizm ten wyraża się tym, że stoimy na ziemi, a ziemia ta jest żyzna. [...] Polska nie może żyć z importu ziarna, bo bogaciła się przez eksport. Tak było przecież za czasów królewskich, na ziarnie wzbogacił się Gdańsk. I dzisiaj dowartościowanie pracy na roli będzie ustawieniem się na właściwym gruncie wszelkiego budowania i pomyślności naszej wspólnoty narodowej.

Polska położona między tymi molochami, choćby się porozumiała dokładnie z państwami słowiańskimi, musi pamiętać, że teren ten będzie tym bardziej obronny, tym bardziej zwarty, i ekonomicznie, i narodowo, i kulturalnie, i militarnie, im lepszą opieką będzie otoczony człowiek pracujący na roli”.

Stefan kardynał Wyszyński był przekonany, że siła Polski polega na rolnictwie. Zapytany, jak wyprowadziłby Polskę z kryzysu gospodarczego, odpowiedział: „Postawiłbym na rolnictwo”.

„W sytuacji naszego kraju, rozwijając przemysł przetwórczy, sprzyjając rolnictwu warzywnemu, sadownictwu i hodowli, można by wyżywić nie tylko Polskę, ale całą Skandynawię, Niemcy Wschodnie, Białoruś, która – jak wiadomo – ma ubogie ziemie. Nie mówię o Ukrainie, która jest krajem bardzo żyznym [kiedy Ksiądz Prymas to mówił, nie było jeszcze katastrofy w Czarnobylu]. Można by pomóc jeszcze Bałkanom, a na pewno i Czechom, którzy nie mają tak korzystnych warunków rolniczych jak my. Gdyby zamiast wielkich nakładów na rozwijanie ciężkiego przemysłu do poziomu krajów zachodnich, pieniądze te włożono w subwencje rolne, na pewno Polska wyżywiłaby siebie, a przez eksport żywności stworzyłaby dodatni bilans handlowy z Zachodem”.

  Społeczny program odnowy

Fundament całego ładu społecznego to poszanowanie praw osoby ludzkiej. To jest najważniejszy punkt programu społecznego Prymasa Tysiąclecia. „Epoki historyczne oceniamy według sposobu obchodzenia się z człowiekiem. Dzisiaj ocenia się wartość ustrojów według przepisów podchodzenia do człowieka. Nie liczba fabryk ani charakter organizacji życia gospodarczego świadczy o jego wartości, tylko sposób traktowania człowieka.

Wartość ustroju i doktryna zależy od tego, czy odpowiada ona tęsknotom i współczesnym zamówieniom społeczeństwa. Jeśli nie odpowiada skazuje się na śmierć. Po tym poznaje się również epoki historyczne, jak sobie poradziły z człowiekiem i co mu dały. Ostatecznie ciągle aktualny jest w świecie prymat osoby ludzkiej, i na to nie ma rady! Może istnieć doktryna ustanawiająca prymat rzeczy, ale prędzej czy później sama się unicestwi, bo zawsze najważniejszą ‘rzeczą’ pozostanie człowiek”.

Zagadnienia społeczne były pasją życia Stefana kardynała Wyszyńskiego. Studiując na KUL-u [1925-1929] prawo kanoniczne ukończył równocześnie wydział nauk społecznych. Do wybuchu II wojny światowej pracował we Włocłwaku jako znany kapłan społecznik. Był duszpasterzem ludzi pracy. Prowadził Chrześcijański Uniwersytet Robotniczy, współpracował z Chrześcijańskimi Związkami Zawodowymi.

Punktem orientacyjnym jego przekonań społecznych była Boża wizja człowieka – jako osoby. Będąc osobą – człowiek posiada niezbywalne prawa. Z tymi prawami wiążą się obowiązki społeczne. Bez poszanowania tego naturalnego ładu niemożliwa jest sprawiedliwość.

„Istnieje głęboka i nierozerwalna więź między prawem Bożym i prawem ludzkim. Prawo Boże czerpie swoje natchnienie z mocy, którą Ojciec niebieski włożył w naturę człowieka. [...] Prawo zaś ludzkie, stanowione przez ludzi, musi być zawsze wpisane w ramy prawa Bożego. Prawo ludzkie nie może być nigdy przeciwne prawu Bożemu. Gdyby było przeciwne, w sumieniu nie obowiązuje, przestaje bowiem być prawem, choćby uchwalone było przez wszystkie parlamenty świata. Nie jest prawem, gdy sprzeciwia się prawu Bożemu, prawu natury, prawu człowieka – dziecka Bożego, a zwłaszcza Chrystusowemu prawu miłości Boga i ludzi”.


Na tym fundamencie prawa naturalnego opiera się koncepcja człowieka jako osoby.

Stefan kardynał Wyszyński, bez względu na ustrój, ukazywał wykroczenia przeciwko temu, ustanowionemu przez samego Boga, porządkowi.

Widział on błędy zarówno indywidualizmu, jak i kolektywizmu. Pogląd indywidualistyczny, właściwy kapitalizmowi bierze pod uwagę tylko jednostkę, indywidualne dobro, jednostkowy charakter człowieka.

Pogląd kolektywistyczny natomiast, właściwy komunizmowi akcentuje zbiorowość, dobro klasy i mas. Ocenia człowieka przedmiotowo, jedynie pod kątem zbiorowości: „Te obydwa wynaturzenia tworzą doktryny i ustroje, które są antyhumanistyczne. Trzeba bowiem dostrzec istnienie całego człowieka, a więc i jego znaczenie społeczne i jego znamię jednostkowe. Synteza tych znamion jest dopiero prawdziwym człowiekiem. Cały wysiłek musi zmierzać do tego, żeby uprzytomnić sobie zasadę, iż miedzy tymi znaczeniami musi być harmonia, bo w całej naturze jest harmonia.”

Stefan kardynał Wyszyński ostrzegał przed hegemonią państwa, przed upaństwowieniem własności, struktur społecznych i, co najbardziej niebezpieczne, myślenia człowieka. Wtedy łatwo jest manipulować ludźmi, zniewalać ich, krzywdzić: „Władza musi się odwoływać do sumienia a nie siły. Wynika z tego ograniczenie siły porządkującej świat przez prawo naturalne osoby ludzkiej, i przez to, że władza jest ustanowiona nie tylko dla dobra jednostki lub jakiejś frakcji czy partii, lecz dla dobra powszechnego – dla wspólnego dobra obywateli. Stare prawo rzymskie określa to pojęcie – bonum commune totius universi, a polska tradycja polityczna mówiła o ‘dobru Rzeczypospolitej’. A więc nie o dobru takiej czy innej grupy, tylko o dobru wszystkich ludzi, nad którymi władza ma czuwać, aby wypełniając obowiązki, mieli również zagwarantowane i swoje prawa. Stąd do władzy publicznej należy czuwanie nad tym, aby jedni obywatele nie ograniczali praw innych”.

Nie to, co się podoba grupie rządzącej ma moc obowiązującą „tylko to, co jest zgodne z ładem i porządkiem moralnym – z rozumnym charakterem osoby ludzkiej i z jej uprawnieniami. Nie są one nadane przez żadną władzę ziemską, lecz pochodzą z prawa przyrodzonego. Z kolei prawo przyrodzone, czyli wszczepione w osobę ludzką, pochodzi od Stwórcy”.

W imię tego prawa kardynał Wyszyński bronił człowieka i Naród przed nadużyciami władzy i niesprawiedliwością: „Ja osobiście, od bardzo dawna, bo jeszcze w rozmowach z p. Gomułką, stawiałem te sprawy jasno. Zwłaszcza, gdy idzie o trudności zaopatrzenia, o warunki, higienę i bezpieczeństwo pracy, bo na te tematy mieliśmy – szczególnie gdy chodzi o sytuację w kopalnictwie – bardzo dużo wiadomości. Toczyłem dość długie rozmowy z władzami. Jedno z moich spotkań z p. Gomułką i p. Cyrankiewiczem trwało od godziny piątej po południu do wpół do czwartej rano, bez przerwy. I wtedy można i trzeba było stawiać wymagania z pozycji problemów moralnych. [...] Ostatnie moje rozmowy miały miejsce w dniu 24 sierpnia 1980 roku z p. Gierkiem. Rozmawiałem z nim wieczorem przed wyjazdem do Częstochowy i zwróciłem uwagę na niebezpieczeństwa które idą. Domagałem się, aby p. Gierek pogodził się z faktem, że muszą istnieć odrębne związki zawodowe i że trzeba uznać prawo do strajków”.

Kardynał Wyszyński swoim autorytetem moralnym przygotowywał glebę, na której wyrosła prawdziwa ludzka solidarność. Zaowocowała ona ruchem społecznym o tej nazwie. Wiele wysiłku włożył Kościół w to, aby w latach osiemdziesiątych mogły powstać niezależne związki zawodowe.

Na pytanie – co mamy czynić, aby siebie i Ojczyznę wydobyć z trudnej sytuacji, w jakiej się znajdujemy kardynał Wyszyński odpowiadał: „Ongiś myślano, ze wystarczy być sprawnym rzemieślnikiem, kompetentnym fachowcem. Dzisiaj uważa się, że do wszystkich rodzajów kompetencji trzeba dołożyć jeszcze pion moralny człowieka. Kiedyś uważało się, że ekonomia sama w sobie, ze swoimi – jak się mówiło – naturalnymi prawami, zapewni należyte funkcjonowanie gospodarki narodowej. Dziś już uważa się inaczej. Nie wystarczy sama ekonomia, konieczny jest i w tej dziedzinie ład życia i porządek moralny, konieczne jest poczucie więzi społecznej i świadomość wspólnoty, o której mówi nam Pismo Święte: ‘Jedni drugich brzemiona noście’”.


Jako jeden z warunków odnowy społecznej kardynał Wyszyński wymienia stosunek do pracy: „Rozważmy, że nieustannie korzystamy z owoców pracy ludzkiej. Wszyscy, jak tu stoimy, nie możemy powiedzieć, że jesteśmy tak samo wystarczalni i autonomiczni, że nic nas nie obchodzą inni ludzie. Przecież tyle im zawdzięczamy i tak jesteśmy od nich uzależnieni! [...] Prawdziwie jesteśmy spowici dłońmi ludzkimi. [...] My korzystamy z pracy innych. Oni korzystają z naszego trudu. Mówi się krótko w prawie: jest to tzw. sprawiedliwość zamienna. Ty mnie świadczysz to, ja tobie coś innego. Moja praca jest potrzebna setkom ludzi, praca setek ludzi jest potrzebna mnie. Moja osobowość musi świadczyć innym, bo setki i tysiące świadczą mnie”.

„Nasza praca jest służbą społeczną. Dzisiaj jest ona za bardzo zetatyzowana i ekonomizowana. Człowiek pracuje, bo ma etat, lub też nie pracuje. Człowiek pracuje dlatego, że tworzy jakieś dobro ekonomiczne. Pamiętajmy jednak, że praca służy nie tylko wytwarzaniu dóbr, ale i naszemu rozwojowi osobowemu. Praca też jest służbą społeczną”.

Drugi warunek to właściwe korzystanie z prawa własności. „Chociaż byśmy byli należycie uposażeni, może dzięki naszej osobistej pracy, pamiętajmy, że przy największym nawet wysiłku osobistym musimy korzystać z pracy innych. Dlatego też i owoce pracy, czyli nasza własność, nie ma wymiaru własności absolutnej. I to nie tylko dlatego, że nie jesteśmy pewni jutra, ale także dlatego, że chociaż dla ładu społecznego niezbędne jest posiadanie prywatne, jednak zawsze trzeba się liczyć z tzw. użytkowaniem wspólnym, co ma szczególnie doniosłe znaczenie w sytuacjach trudnych. Weźmy np. zagadnienie zaopatrzenia społecznego – czy nie należałoby pomyśleć o dawnej chrześcijańskiej zasadzie: posiadanie prywatne, użytkowanie wspólne. Pod tym kątem trzeba spojrzeć na wszystkich ludzi potrzebujących pomocy, zwłaszcza na dzieci licznych rodzin i matek osamotnionych. Tak też trzeba by spojrzeć na potrzeby ludzi starych, pozbawionych opieki swoich dzieci. Tym ludziom należy się od nas pomoc”.

Istotnym warunkiem odnowy społecznej jest szacunek dla każdego człowieka, dla jego praw i potrzeb. Prawdziwa linia odnowy biegnie nie pomiędzy partiami politycznymi, ale poprzez sumienie człowieka. Kardynał Wyszyński mówi o sumieniu osoby ludzkiej, o sumieniu rodzinnym [które rozumiał jako echo sumienia człowieka odzywające się w życiu rodzinnym], mówił o sumieniu narodowym, zawodowym i wreszcie obywatelsko-politycznym.

Dlatego najważniejszym warunkiem społecznej odnowy Ojczyzny jest odrodzenie człowieka. „Każdy musi zacząć od siebie, abyśmy się prawdziwie odmienili. A wtedy, gdy wszyscy będziemy się odradzać i politycy będą musieli się odmienić, czy będą chcieli, czy nie. Jeżeli człowiek się nie odmieni, to najbardziej bogate państwo nie ostoi się, będzie rozkradane i zginie. Cóż bowiem z tego – powiem może trywialnie – że krążąca butelka spirytusu przejdzie z rąk jednych pijaków, do rąk innych pijaków! Powiem jeszcze bardziej drastycznie: że klucz od kasy państwowej przejdzie z rąk jednych złodziei w ręce drugich złodziei?! Przecież chyba nie o to idzie, żeby wszyscy złodzieje mieli dostęp do kasy i wszyscy pijacy do wódki, tylko żeby sumienie wszystkich się obudziło, żebyśmy zrozumieli naszą odpowiedzialność za Naród, który Bóg wskrzesza. Pamiętajmy, że ludzie ze starymi nałogami nie odnowią Ojczyzny”.

Zakończenie

Warszawie Ksiądz Prymas Wyszyński zostawił specjalny program w czasie uroczystości milenijnych w 1966 roku. Na demonstrację nienawiści i przemocy, na obelgi wykrzykiwane przeciwko niemu na ulicach Warszawy, odpowiedział przebaczeniem i miłością. Była to dla Warszawy i całego Narodu wielka lekcja wiary i kultury polskiej:

„’Będziesz miłował bliźniego swego’. I to każdego. Tego, co ma serdeczne oczy, i tego co ma oczy szklane. Tego, co ma żar w piersi, i tego co nosi w piersi kamień. Tego, który ma ku tobie wyciągniętą braterską dłoń i tego, który cię dźga oczyma. Każdego! Bóg nie tworzy granic, nie przeprowadza ich między ludźmi [...]. Ten zwycięża, choćby był powalony i zdeptany – kto miłuje, a nie ten, który w nienawiści depce. Ten ostatni przegrał. [...] Kto walczy z Bogiem miłości – przegrał! A zwyciężył już dziś – choćby leżał na ziemi podeptany – kto miłuje i przebacza, kto jak Chrystus oddaje serce swoje, a nawet życie za nieprzyjaciół swoich.

Ten, kto zamknął się w nienawiści, już się skończył. A narodził się do nowego życia ten, kto z piekieł nienawiści wyszedł na światło Boże, spojrzał ku wszystkim dzieciom Bożym, bez wyjątku, i powiedział: Przyjacielu! Bracie! Mój Bracie nieszczęśliwy, ale jednak Bracie!”

prof. dr Romuald Kukołowicz.



Proszę mi wybaczyć, że wystąpienie swoje zacznę polemicznie.Organizatorzy niniejszego "spotkania panelowego" zatytułowali go: "Polska racja stanu u progu XXI wieku - cele i wyzwania, na tle nauczania społecznego Stefana Kard. Wyszyńskiego Prymasa Polski". Otóż! Prawdą jest, że Ks. Prymas Wyszyński czasami, w swoich wypowiedziach używał określenia "racja stanu", ale był świadom, że jest ono niekatolickie; że zostało wzięte z pracy Niccolo Machiawellego "Książe" (1532 r.), który uważał, że głównymi motywami działań ludzkich jest żądza władzy i posiadania; świadom był, że racja stanu to racja władcy i władzy więc unikał tego określenia.Nie będę zresztą rozwijał tego zagadnienia, gdyż jest ono bardzo dobrze wyakcentowane przez p. prof. Piotra Jaroszyńskiego w "Zeszycie nr 3" Instytutu Spraw i Problemów Warszawy - Nasza Warszawa na stronach 2 i 3-ciej.


Ks. Kard. Wyszyński najchętniej i najczęściej używał określenia, którym posługiwał się już św. Paweł Apostoł - "dobro wspólne". Dlatego proponowałbym, aby temu spotkaniu panelowemu nadać następujący tytuł: "Strategia realizacji dobra wspólnego narodu i państwa polskiego w XXI wieku - na tle nauczania społecznego Stefana Kard. Wyszyńskiego Prymasa Polski." Ta glosa polemiczna niejako zmusza mnie do zgodnej z nią wypowiedzi.


Podmiotem identyfikacji i realizacji dobra wspólnego jest człowiek - osoba ludzka. Jemu zatem, w pierwszej kolejności, należy poświęcić nasze rozważania.Od drugiej połowy XVII w., w życiu polityczno-społecznym, ma miejsce wzrost roli parlamentu i partii politycznych. Ten wzrost najdobitniej zaznacza się w Królestwie Wielkiej Brytanii. Wolno, ale konsekwentnie, wykształcają się dwie frakcje parlamentarne. Partia torysów, od XIX wieku partia monarchistów, a potem konserwatystów oraz partia wigów, od XIX wieku partia liberałów. Wraz z tym kształtuje się gabinetowy system rządów.Ten system, choć w nieco kulawej formie, ma miejsce obecnie u nas. Zastanówmy się zatem jak należałoby określić sylwetkę kandydata na członka parlamentu. Spróbuję dokonać tego w ujęciu najbardziej uogólnionym. W dziejach myśli filozoficznej kultury Sródziemnomorskiej, i jej dziedziców, rysują się trzy nurty filozoficzne: materialistyczny, idealistyczny i realistyczny. Pierwsze dwa praprzyczyny wszystkiego upatrują bądź w materii, bądź w ideach (bytach duchowych). Trzeci z nich uznaje symbiozę ducha i materii.Ludzi, hołdujących dwu pierwszym kierunkom, w przypadku postaw ortodoksyjnych, cechuje bezwzględność i skrajny autokratyzm, prowadzący do despotyzmu. Tego typu osoby nie powinny znaleźć się w żadnej z izb parlamentu.Już starożytni myśliciele (Arystoteles) twierdzili, że człowieka cechuje umysł teoretyczny bądź praktyczny. W średniowieczu filozofowie (Tomasz z Akwinu) myśl tę rozwinęli i sformułowali tezę, że najpełniejszą sprawność intelektualną osiągają ludzie, u których istnieje harmonijne współdziałanie obu typów umysłów. Współczesna psychologia nurtu humanistycznego w pełni tezę tę potwierdza.Ludzie, o wybitnej umysłowości teoretycznej, to wielcy myśliciele. Ludzie, o wybitnej umysłowości praktycznej, to nad wyraz zdolni konstruktorzy i wynalazcy. Ludzie, cechujący się dualizmem poznawczym, to wielcy, a nawet wybitni działacze.
W życiu parlamentarnym istnieje niezbędność uczestniczenia ludzi, odznaczających się każdą z trzech wymienionych cech umysłowości, ale elementem najbardziej kreatywnym życia parlamentarnego są osoby cechujące się dualizmem poznawczym.Werbalne kształtowanie faktów czy bytów, szczególnie społecznych, wiąże się z inteligencją , mądrością i sztuką słowa.
W uproszczeniu inteligencję można określić jako umiejętność kojarzenia faktów. I im fakty są bardziej odległe od siebie a ich kojarzenie bardziej błyskotliwe, tym wyższy wskaźnik inteligencji.Mądrość, to sztuka przewidywania najdalszych konsekwencji słów i czynów. W życiu społecznym mądrość jest fundamentem konstruowania właściwych bytów społecznych i sztuką budowania rzeczywistości społecznej. Słabością tej cechy jest jej ujawnienie się na zewnątrz, i docieranie do świadomości społecznej, dopiero w długim horyzoncie czasowym .Już w starożytności, Grecy, rozróżniali sztukę słowa (oracje) od umiejętności "bajania" (logofagii). Tę pierwszą nad wyraz cenili a tę drugą określali terminem "pożeranie słów". Trafność ich dystynkcji polegała również na tym, że, chociaż tego nie precyzowali, to jednak intuicyjnie wyczuwali, że logofagia w powiązaniu z inteligencją, prowadzi do obłudy (słynna mowa Cicerona skierowana przeciwko Katylinie).W życiu parlamentarnym sztuka słowa jest elementem niezbędnym, ale nie posiada ona żadnej twórczej wartości, jeżeli nie jest usadowiona w cnocie mądrości.O wartości osobowej człowieka decyduje wiele zakotwiczonych w nim cech, ale w odniesieniu finalnym, decydują właściwie cztery, używając terminologii zaczerpniętej z filozofii moralności, cnoty moralne. Są to:

roztropność, cnota rozumu praktycznego, która ogarnia cele ostateczne i dobiera środki do ich osiągnięcia;
sprawiedliwość, cnota woli, wypełnia powinności w stosunku do całej rzeczywistości, w której egzystuje człowiek, a więc zarówno świata materialnego (np. ekologia), jak i świata duchowego (w szczególności wiara);
wstrzemięźliwość, cnota woli, porządkuje i harmonizuje wszelkie popędy biologicznej struktury człowieka, aby nie stały się siłami kierowniczymi w postępowaniu;
męstwo, cnota woli, przełamuje wszelkie przeszkody wewnętrzne i zewnętrzne, napotykane w dążeniu do zjednoczenia, w skali indywidualnej i społecznej, z rzeczywistością otaczającą człowieka: rodziną, narodem, państwem.

Cnotami wiodącymi w życiu człowieka są cnoty: roztropności i męstwa.
Osoby nie cechujące się nimi nie powinny angażować się w życie parlamentarne.
Głównymi zadaniami izb parlamentarnych jest wytyczanie sposobów sprawowania władzy i organizowanie życia społecznego. W skład tych zadań wchodzą:
stanowienie porządku prawnego i ochrona już ustanowionego ładu;
kształtowanie dziedziny oświaty i wychowania;
organizowanie gospodarstwa społecznego i czuwanie nad jego rentownością.
Zadania te można uplasować na trzech głównych płaszczyznach życia państwowego, a mianowicie na:
obszarze społecznym i administracyjno-prawnym;
obszarze kulturowym oraz
obszarze gospodarczym.
W skład każdego z wymienionych obszarów wchodzi szereg zadań cząstkowych, których właściwa realizacja ukształtuje pełnię bytu państwowego.

Konstrukcja tych zadań i ich plasowanie na poszczególnych obszarach wymagają odpowiednich kwalifikacji, które wiążą się z: nabytą wiedzą, doświadczeniem życiowym i doświadczeniem zawodowym. Ideałem byłoby, aby parlamentarzyści legitymowali się nabytą wiedzą, i doświadczeniem zawodowym, i doświadczeniem życiowym, na którejś z trzech głównych płaszczyzn życia państwowego. Wydaje się, że warunkiem niezbędnym jest nabyta wiedza i doświadczenie życiowe.

Wszelka działalność polityczna, w ostatecznym odniesieniu, zmierza do sprawowania władzy na terytorium danego państwa. To sprawowanie władzy winno wypływać z jakiejś przyjętej wizji ufundamentowanej w ontologicznych warstwach bytu wspólnoty państwowej i władzy pełniącej funkcje kierownicze w tym państwie.



Czołowi przedstawiciele filozofii dziejów różnych kierunków filozoficznych i narodowości: Herbert George Wells (1866-1946), Ks. Konstanty Michalski (1879-1947), Arnold Joseph Toynbee (1889-1975), Andre Malraux (1901-1976), dość zgodnie stwierdzają, że wspólnoty narodowo-państwowe kreują: język, zwyczaje, wiara, historia. W miarę dojrzewania tych wspólnot porządek czynników kreujących ulega zmianom: na czoło wysuwa się wiara, później następuje historia a w dalszej kolejności idą język i zwyczaje (obrzędowość).
Jest wiele definicji państwa. My, dla naszych potrzeb, przyjmujemy następującą - państwo, to zjednoczenie ludzi zorganizowanych na określonym terytorium przez władzę zwierzchnią dla dobra wspólnego. Przy czym dobro wspólne to treść skonkretyzowane zadania życia państwowego. Wynika z tego, że uzyskanie wspólnego i zgodnego oglądu spraw państwa wśród parlamentarzystów, winna oprzeć się na możliwie najbardziej zbieżnym rozumieniu i najbardziej zgodnym działaniu realizacyjnym w porządku czynników kreujących byt wspólnoty państwowej oraz elementów składających się na dobro wspólne bytu państwowego.
W przypadku pierwszym chodzi o zgodne rozumienie wiary, historii, języka i zwyczajów (obrzędowości) w dziele scalania wspólnoty narodowo-państwowej.


W przypadku drugim chodzi o określenie treści dobra wspólnego i skonkretyzowania zadań życia państwowego.
Każde państwo cechuje podwójny charakter:
1.: ma ono oblicze wspólnotowe, społeczne oraz
2.: organizacyjne, instytucjonalne.
Obywatele są podmiotami życia państwowego, są nosicielami społecznej infrastruktury państwowej, kształtują tkankę kontaktów społecznych. Z ich wysiłków powstają wzajemne współzależności i czynności zbiorowe. Ich wola i świadomość dźwiga istnienie i rozwój państwa. Oni wszyscy tworzą razem państwo. Oni są państwem.
Określenie dobra wspólnego państwa, jak i jego trafne i bezpieczne urzeczywistnienie wymaga zgodnego ukierunkowania, a co za tym idzie domaga się kompetentnej władzy oraz jej sformalizowanych sposobów działania. W tym tkwi źródło organizacji państwowej, podstawa urzędów i instytucji.  

Prof. Andrzej Stelmachowski


                                    GARŚĆ REFLEKSJI

(zapis wystąpienia)

Po pierwsze, chciałbym nawiązać do wypowiedzi pani profesor Sucheni Grabowskiej, która mówiła o I Rzeczpospolitej i o bardzo poważnym traktowaniu praw jako daru bożego. Otóż, niezależnie od strony filozoficznej, ideowej – ma to też swoje skutki czysto praktyczne.
Proszę zwrócić uwagę, że gdy chodzi o starą, I Rzeczpospolitą, był pewien odruch bardzo ważny, że te prawa, które były dawne, miały większy walor niż prawa nowe. Ich niesłychanie przestrzegano. Dlatego nigdy nie uchylono Statutów Wiślickich Kazimierza Wielkiego. Natomiast ci, którzy uważają, że pozytywizm prawniczy wystarcza, że można się oderwać od świata wartości i że Sejm i Senat mogą uchwalić w każdej chwili to, co chcą – prowadzi do deprecjonowania prawa i niesłychanej łatwości zmian. To trzeba było dopiero uchwały Trybunału Konstytucyjnego, żeby skłonić ministra finansów, żeby przynajmniej w ciągu roku podatkowego nie zmieniał ustaw podatkowych. Ale przecież – jak zobaczymy – to zmienia się ustawy raz do roku, dwa razy do roku. Taka na przykład ustawa o gospodarce gruntami – dotyczy przecież spraw własnościowych – zmieniana jest przeciętnie dwa razy do roku. No, tak nie można, ale to jest wynikiem tego nastawienia, że parlament wszystko może, nie jest związany ani tradycją, ani prawem naturalnym. To jest niebezpieczne. Jak potem obywatele mają czuć szacunek do prawa, skoro nawet poznać to prawo jest trudno, tak często się je zmienia. To jest konsekwencją takiej właśnie postawy filozoficznej, której niestety daje wyraz Konstytucja uchwalona przez Zgromadzenie Narodowe.
Refleksja druga: to, co mnie uderza jako największy mankament poza tym zasadniczym, o którym mówiłem przed chwilą, jest to rozczłonkowanie i dalsze osłabienie władzy wykonawczej. Nie dość, że podzielono kompetencje między rząd i prezydenta w sposób w wielu wypadkach zupełnie nieczytelny, ja się dzisiaj pytam, kto dzisiaj powie, kto właściwie odpowiada za politykę zagraniczną: rząd czy prezydent? Bo w rezultacie my nie wiemy. Jedni i drudzy jeżdżą, ustalają pewne rzeczy, dowiaduję się z boku, że nie zawsze uzgadniając między sobą... No, tak nie można. Mało tego. Jeszcze się chce tworzyć Radę Polityki Pieniężnej i to taki przepis straszliwy, że rząd nie ma prawa zaciągać żadnych pożyczek w Narodowym Banku Polskim, czyli cała polityka pieniężna nagle wymyka się z rąk rządu zupełnie i w rezultacie tworzy się jeszcze jedna dodatkowa władza, w dodatku przed nikim nie odpowiedzialna.


Proszę Państwa, to są rzeczy niesłychanie niebezpieczne. Nie dość, że zrobiono piramidalne – moim zdaniem – głupstwo, powołując Krajową Radę Radiofonii i Telewizji, robiąc tzw. czwartą władzę, w rzeczywistości wiemy, że jest to targowisko również różnych, mafijnych nieraz starań o pozyskanie nowych wpływów na telewizję, to jeszcze się robi te nowe, niewypróbowane, kombinacje pieniężne, które są naprawdę niebezpieczne. Myśmy powinni wzmacniać władzę wykonawczą, a nie osłabiać ją.


Trzecia uwaga, tym razem być może dyskusyjna, z wczorajszego Sejmiku Samorządowców. Mogłem usłyszeć w czasie tego Sejmiku pewne uwagi namiętnie wołające o utworzenie powiatów samorządowych. Proszę Państwa, ja widzę w tym kolosalne niebezpieczeństwo, dlatego, że nie dość, że gminy, które są przecież perełką tego, co stworzono po 1989 r. – rzeczywista podstawa demokracji – jeszcze nie okrzepły, a już się robi projekty nadbudówek, które z konieczności będą musiały obrastać nowymi ilościami urzędników i w rezultacie może to prowadzić do osłabienia gmin, a nie do wzmocnienia. Przecież gminy mogą i teraz łączyć się w związki gmin dla określonych celów. Jak chcą, mogą stworzyć nawet związek powiatowy, ale dobrowolnie, nie przymusowo.
Co więcej, słyszę ostatnio propozycję prezydencką, żeby ewentualnie rozważyć przeprowadzenie – równolegle z wyborami – referendum nad powiatami. Proszę Państwa, tylko proszę zwrócić uwagę na jeden drobny szczegół: sprawa powiatów to jest sprawa przede wszystkim wsi i małych miast, dlatego że wielkie miasta i tak zawsze były wyłączone z powiatów i będą wyłączone z powiatów. I teraz nagle ci z większych miast będą decydowali o tym, co ma być dobre dla mieszkańców wsi. I powinni się zastanowić ci wszyscy, którzy wołają o te powiaty – dlaczego akurat SLD z takim entuzjazmem woła o nie. Bardzo – w swoim rozumieniu – słusznie, dlatego że w gruncie rzeczy oznacza to osłabienie podstawowych ogniw, jakimi są gminy. I dlatego uważam, że tu bardzo łatwo dać się uwieść urokowi pewnej koncepcji, którą osobiście uważam za niebezpieczną.
W ogóle uważam, że problemom wsi za mało uwagi się poświęca. To jest jeszcze do poprawienia i dlatego cieszę się, że głosy rozwagi coraz to bardziej zaczynają być widoczne, mimo hałaśliwej propagandy na rzecz Konstytucji, która niestety nie była zrodzona z consensusu całego narodu i boję się, że jej start – gdyby miała być uchwalona – będzie niedobry, dlatego że nie ma ona szans, by być zakotwiczoną nie tylko na kartach papieru, na których będzie wydrukowana, ale w sercach obywateli, a to jest najważniejsze. Dziękuję.

ŹRÓDŁA PRAWA NASZYCH PRZODKÓW
 
Proszę Państwa, jest bardzo trudno mówić o naszej przeszłości, mając tak dostojne grono przed sobą, a zarazem tak niewiele czasu, lękając się uproszczeń. Proszę więc wybaczyć, że będę tylko operowała pewnymi przykładami. Chciałabym powiedzieć, co ze struktur dawnej Rzeczpospolitej, z prawnych struktur przede wszystkim i z pojęć prawa, prawa publicznego dawnej Rzeczpospolitej, przetrwało w naszej mentalności i może być w jakiś sposób na język współczesny przełożone. Przede wszystkim – co jest źródłem prawa dla naszych przodków?

Stanisław ze Skalbmierza – pierwszy rektor odnowionego Uniwersytetu krakowskiego, w pierwszych latach XV wieku również spowiednik królowej, świętej Jadwigi Andegaweńskiej – napisał w Rozmowach o mądrości, że bardzo ważne jest prawo stosowane. Jest podstawą ustroju państwa, ale musi być zgodne z prawem boskim. Więc – nie każde prawo.

Ustawodawca z czasów Zygmunta I w 1524 r. napisał – „prawo jest darem bożym”, a więc trzeba mu się podporządkować, a jak żaden człowiek, jego organizm, nie może żyć bez duszy, tak Rzeczpospolita nie może żyć bez prawa.

Proszę Państwa, konia z rzędem, kto mi zacytuje jakąś maksymę wziętą z prawa obcego owych czasów, która by w równie lapidarny i piękny sposób przedstawiała treść prawa i przedstawiała konieczność systemu aksjologicznego w literze prawa i stwarzała wrażenie, sugestię bardzo wyraźną, że prawo pozbawione aksjologii, a więc prawo, które nie jest duszą państwa – tak jak duszę musi mieć człowiek – posiada wyższą rangę.

Cóż nam rysuje tekst Konstytucji przyjęty przez Zgromadzenie Narodowe jako Konstytucja 2 kwietnia? Artykuł 87 wymienia takie oto źródła prawa: konstytucje – dobrze, ustawy – dobrze, umowy międzynarodowe, które są przecież elementem przejściowym, niestabilnym, przynajmniej mogą nim być, wreszcie rozporządzenia. Ja nie wiem, co to za prawnik konstruował. Jak porównamy, jak widzieli przodkowie prawo, jego aksjologię, a tutaj mamy za źródła prawa –równorzędnie z Konstytucją wymienione – zwykłe rozporządzenia, to cokolwiek się człowiek dziwi.

Ale wracajmy do XVI wieku, do tych naszych przodków z okresu świetności Państwa Polskiego. Uważali oni również, że niezmiernie ważne jest, aby aksjologia przyświecała wymiarowi sprawiedliwości i stąd już 500 lat temu – w 1496 r. ustawodawca za króla Olbrachta zapisał: sędzia wyrokuje z inspiracji i natchnienia bożego. I dzięki temu, dzięki tej inspiracji ma możność dotrzeć do prawdy, wyrokując, i tym wyrokom, z tego to powodu można i winno się zawierzyć. Sędzia zasiada zatem w sądzie, jak gdyby reprezentując Boga i dlatego należy jego urząd szanować i nie wolno przybywać do sądu żadnej instancji z bronią.

Jeszcze jedno dopowiedzenie. Polacy byli narodem ceniącym bardzo wolność – wolność i godność osobistą. Unikali płaszczenia się, unikali podporządkowywania się regułom ceremoniału, przyjmowanego na ogół nie tylko na Wschodzie, ale i na Zachodzie, odbierającego właśnie poczucie tej godności, podmiotowości obywatelskiej. Mowa tu oczywiście o narodzie politycznym – stanie szlacheckim – zaraz to pojęcie postaram się wyjaśnić.

Było takie bardzo piękne sformułowanie, które padło z ust kasztelana poznańskiego Andrzeja Górkina w Sejmie z połowy XVI wieku, który powiedział: oto posłowie przed Waszą Królewską Miłością – przed Zygmuntem Augustem – uklękli, a my Polacy tylko przed Bogiem zginamy kolano. I rzeczywiście to było takie niesamowite wrażenie, kiedy oni przed królem uklękli, przedkładając mu prośbę, którą uważali za bardzo ważną, już nie chcę w to wchodzić, że król sam się wstrząsnął, król poruszył ramionami i powiedział: Oj, trzebaż aż tego! Był po prostu przerażony i zaskoczony, bo Polacy nie byli przyzwyczajeni do tego, żeby przed królem klękać. Niemniej cenili monarszy autorytet, a nadawanie temu autorytetowi monarszemu charakteru majestatu (Formula sacra, regia majestas – Święty majestat, majestat królewski) wynikała nie z czego innego, jak z tego, że uważali, że szef władzy wykonawczej państwa – albowiem tylko króla uważano za szefa władzy wykonawczej – a nie wszelkiej władzy, że on powinien reprezentować Boga. I w związku z tym stawiano mu bardzo duże wymagania. Zupełnie inaczej niż w monarchiach dziedzicznych – mówi Andrzej Frycz Modrzewski: u nas nie ten, kto się rodzi synem królewskim, jest królem, tylko ten, kogo obierzemy. A jakiego należy obrać? Tego, który będzie miał odpowiednie predyspozycje, a więc ma być religijny, przede wszystkim mądry, a potem ma wykazać się mnóstwem cnót, których katalogu tutaj nie chcę przedłużać i przytaczać.

I to właśnie leżało u źródeł Wolnej Elekcji polskiej, która sprowadzała się do tego, żeby znaleźć odpowiedniego monarchę. Wiele się zarzuca, że były to wybory nieodpowiednie, że jakiś tumult się pojawiał przy Wolnej Elekcji, przy zjeździe powszechnym. Oczywiście były też i takie jakieś zamieszki. To byłoby zdumiewające, gdyby takie procedury masowych wyborów mogły się odbyć spokojnie, niemniej większość wyborów naszych przodków była zupełnie trafna. No, w tej chwili nie chcę już tutaj wchodzić w szczegóły, ale można powiedzieć, że dopiero od Sasów zaczęły się te zupełnie nieszczęśliwe wybory. Poprzednie, związane zresztą z dynastią jagiellońską, poprzez długo panującą dynastię Wazów, były na ogół wyborami trafnymi.


I jeszcze jedno pytanie: czy mamy się tak bardzo czym chwalić? No, przecież wiemy, że mieliśmy w swoim ustroju, przede wszystkim ustroju społecznym, słabe strony. Tego nikt z nas nie może negować, żeby nie być pomówionym o jakąś jednostronność, o tworzenie mitologii, jak to się dzisiaj mówi. Jestem od tego najdalsza.


Mieliśmy słabe struktury społeczne. Wiadomo, że sytuacja ludności chłopskiej była w literze prawa zapisana w sposób ograniczający bardzo tę ludność, również sytuacja miast polskich nie była najlepsza. Niemniej trzeba zauważyć, że najnowsze badania wykazują, iż i w tej dziedzinie nastąpiło coś, co nazywać można śmiało „czarną legendą”, a więc przejaskrawienie wszystkich negatywnych wypadków, które niejednokrotnie miały charakter indywidualny. Litera prawa ograniczająca chłopa polskiego, czy mieszczanina polskiego nie musiała być zawsze przestrzegana i odmowa praw obywatelskich tym grupom ludności wiązała się po prostu z tym, że reprezentacja sejmiku miała charakter terytorialny i obejmowała również ludność innych stanów na terenie tych sejmików zamieszkałych. Jest to bardzo szeroki problem, który wymaga jeszcze zbadania, a wymaga tym bardziej zbadania, że w tej chwili – moim zdaniem – szerzy się wśród naszych elit bardzo niezdrowa myśl o jakimś wbijaniu nowego klina pomiędzy miasto i wieś, pomiędzy tak zwane elity a pomiędzy ludność chłopską. My przegramy wszystko, jeżeli nie wyjdziemy z tego błędnego koła i jeżeli nie znajdziemy drogi do wsi polskiej – przepraszam za taką dygresję, zupełnie moją osobistą.
Jeżeli chodzi o wszystkie dyskryminacje, jakie w owych czasach znajdowały się w ustrojach i w strukturach prawnych państw europejskich, to trzeba podkreślić, że Polska tu nie była wyjątkiem. Surowa litera prawa dotycząca stanów tzw. plebejskich – w naszym ustawodawstwie odnajdywała pewną równowagę poprzez układy gospodarcze, które świadczyły o tym, że właściciele wsi musieli się opiekować również ludnością wiejską, czego zupełnie nie było na Zachodzie, gdzie nie było tak ostrych pod kątem litery prawa form poddaństwa, niemniej właśnie chłopi byli najbardziej obciążoną warstwą, jeśli chodzi o uiszczanie podatków i świadczeń na rzecz państwa. A więc jest to sprawa dyskryminacji, która w owych czasach przyświecała pewnym grupom ludności nie narodowym, nie częściom narodu politycznego, ale ta dyskryminacja obejmowała również kobiety, jakkolwiek by były szlachetnie urodzone, to dyskryminacja obejmowała młodzież i dzieci – bardzo twardo, nadmiernie już uzależnione od rodziców w sposób taki, że to absolutnie ich jakąkolwiek samodzielność ograniczało i ta litera prawa pod tym względem w Polsce nie odbiegała od norm europejskich.


Natomiast oferowaliśmy całej Europie Zachodniej to, co było prawdziwym wykwitem naszej myśli politycznej, a więc dobrodziejstwo pluralizmu i tolerancji – pluralizmu etnicznego, narodowego i wyznaniowego.


I to są te rzeczy, o których każdy Polak powinien pamiętać dzisiaj, gdy nam się zarzuca ksenofobię. Trzeba wiedzieć, że w 1573 r. stworzyliśmy swoim ustawodawstwem osłonę wyznaniom reformacyjnym, że prawosławie rozwijało się na terenie Królestwa Polskiego, a również potem połączonych unią z Polską ziem Wielkiego Księstwa Litewskiego, że żadnego znaczenia nie miało w Sejmie w zjednoczonej Rzeczpospolitej pochodzenie etniczne. Głos Litwina, głos Białorusina, głos Ukraińca – były sobie równe.


Na kartach naszej historii w tych pryncypialnych decyzjach, zarówno złych jak i dobrych, zapisywali się Polacy etniczni, zapisywali się również Litwini (pamiętać musimy Rejtana – skąd pochodził), ale również musimy wiedzieć, że najwięcej zrywanie sejmów pochodziło z obrzeży dawnej Polski, z ziem, które były dołączone, z Wielkiego Księstwa Litewskiego, gdzie nie było tak silnych tradycji wolnego parlamentu i gdzie wobec tego łatwiej przychodziło do przekupywania przez magnaterię tak zwanych zrywaczy sejmu. Dziękuję Państwu bardzo za cierpliwość.


                                    O ŁAD PRAWDY I DOBRA
                                W NIEPODLEGŁEJ POLSCE


 
Od momentu odzyskania formalnej niepodległości przez Polskę obserwujemy, jak przeróżne partie i stronnictwa – zwane prawicowymi – tworzą programy, które są mało czytelne, mało przekonujące i w efekcie nie pozwalają na odrobienie dystansu dzielącego Polaków od zwartych i skutecznych w utrzymywaniu władzy kontynuatorów doktryn socjalistycznych. Oczywiście, półwiekowy komunistyczny monopol na władzę, duszącą w zarodku wszelkie formy niepodległej myśli i organizowania się politycznego, pozostawił za sobą „spaloną ziemię”, na której niełatwo wyrosnąć może to, co szlachetne i prawe. Niemniej jednak, coraz większy dysonans cywilizacyjny dzielący milenijny naród polski od utrzymujących się przy władzy postkomunistów wraz z uwiarygadniającymi ich liberałami oraz tzw. postępowymi katolikami – zmusza do powtórnej refleksji nad podstawami, na których budowane jest państwo.


Jeżeli bowiem do innej cywilizacji należy naród, a do innej rządzący, to musi pogłębiać się proces wyalienowania narodu z własnego państwa. A przecież to właśnie naród organizuje się w państwo, aby tym skuteczniej zabezpieczyć swoje prawa. W momencie, gdy naród jest wyobcowany z własnego państwa – a świadczy o tym choćby frekwencja wyborcza czy referendalna (poniżej 50% uprawnionych do głosowania) – to istnieje przypuszczenie, że państwo nie traktuje narodu jako podmiotu polityki, że raczej stało się swoistym agresorem, który korzystając z nowoczesnych technik manipulacji, a nawet fałszerstw, tak bardzo zapanował nad świadomością społeczną, że nie ma potrzeby utrzymywania władzy przy pomocy siły fizycznej, i w związku z tym nie boi się demokracji, ponieważ posiada nad nią pełną kontrolę.


W ten sposób koło się zamyka, następuje swego rodzaju okupacja wewnętrzna, wcale nie łatwa do rozpoznania, a cóż dopiero mówić, o jej realnej zmianie. Ludzie światli i prawi, nawet jeśli to widzą, to odcięci od mediów małe mają pole komunikacji, w oczach natomiast przeciętnych obywateli, których świadomość urabia przez wiele godzin dziennie telewizja, wszelkie ostrzeżenia traktują z niedowierzaniem lub wręcz z niezrozumieniem. A przecież dopóki można, zło trzeba ujawniać, cierpliwie i rozumnie, nawet jeśli gros społeczeństwa ogarnięte jest tym, co Seneka nazwał insania publica, czyli „zbiorowym szaleństwem”.
Jednak nie programy partii czy stowarzyszeń leżą u podstaw ładu w państwie, taką bowiem jest konstytucja, zwana ustawą podstawową. Konstytucja jest najwyższym prawem stanowionym przez człowieka, do niej stosować się mają późniejsze, szczegółowe akty prawne wydawane przez odpowiednie organy. W konstytucji wyodrębnić można rozdziały poświęcone ustrojowi państwa, prawom i obowiązkom obywateli, typy najwyższych instytucji państwowych, zasady ich powoływania i działania. Jednak konstytucja sama z siebie nie wygeneruje podstaw cywilizacyjnych, na których się opiera, ona musi je skądś zapożyczyć. Konstytucja może mówić o prawach obywateli, ale to nie Konstytucja sprawia, że człowiek jest człowiekiem, a naród – narodem. Rozstrzygnięcie, kim jest człowiek, czym jest naród, po co państwo – nie leży w gestii konstytucji, czy jej autorów.


I właśnie dostrzegając jakiś przedziwny bałagan myślowy i rzeczowy w wielu konstytucjach, czy projektach konstytucji, warto zwrócić uwagę na podstawy cywilizacyjne, z którymi liczyć się musi zarówno konstytucja, jak i rozmaite programy polityczne, jeśli mają na oku autentyczną troskę o dobro człowieka i pomyślność społeczeństwa. Znamy bowiem z historii zbyt wiele systemów zwyrodniałych, które w imię konstytucji i prawa czyniły zło na skalę masową.


Prawo i konstytucja nie dlatego są dobre, że są ustanowione czy przegłosowane, ale dlatego, że ich cel jest dobry, a cel jest wówczas dobry, jeśli służy integralnemu rozwojowi każdego człowieka.


Niestety, od przynajmniej 200 lat na Zachodzie trwają eksperymenty zaprowadzania różnych ideologii (komunistyczna, nazistowska, liberalistyczna), dla których podmiotem nie jest człowiek jako człowiek, ale jakaś klasa społeczna, jakiś wybrany naród, czy ludzie bogaci. I te ideologie posiłkują się różnymi konstytucjami, zaprowadzają różne prawa, co z tego, jeśli ich celem nie jest dobro każdego człowieka. A wówczas państwa w ten sposób zorganizowane stają się de facto zinstytucjonalizowanym systemem czynienia zła. Warto więc mieć nieustannie przed oczyma podstawy, na których opierać się musi ludzkie państwo, aby żyjąc w państwie złym – widzieć zło i nie ulegać mu, a mając szansę na zbudowanie państwa ludzkiego – budować je na zdrowych podstawach.


Jakie to są podstawy? Są to podstawy jak najbardziej realne, a nie jakieś przypadkowe ideologiczne abstrakty. Podstawy te mają wymiar egzystencjalny, wpisane są w ludzki sposób bycia człowiekiem. Istnieje pięć takich egzystencjalnie doniosłych odniesień, z których wypływają podstawowe prawa i na których zbudowana jest edukacja i kultura personalistyczna.

1. Człowiek nie jest ani tylko częścią przyrody, ani tylko częścią społeczeństwa (mylny obraz człowieka: liberalizm i komunizm), lecz bytem w sobie, podmiotem obdarzonym godnością – OSOBĄ. Prawa człowieka. Powszechna Deklaracja Praw Człowieka, 1948. Z faktu bycia osobą wynikają podstawowe prawa człowieka, zwane w tradycji rzymskiej prawem naturalnym:

- prawo do życia od poczęcia do naturalnej śmierci, zagrożenia: tzw. aborcja i eutanazja;

- prawo do przekazywania życia w rodzinie, zagrożenia: związki pozamałżeńskie, zapładnianie „in vitro”, inżynieria genetyczna, antykoncepcja;

- prawo do osobowego rozwoju w prawdzie, zagrożenia: ideologizacja kształcenia, manipulacja w mediach (socjotechnika).


2.Naturalnym środowiskiem narodzin, rozwoju i wychowania człowieka jest RODZINA. Karta Praw Rodziny:

- prawo do wychowania w rodzinie, zagrożenia: tzw. edukacja seksualna, pornografia, pełne zatrudnienie obojga rodziców;

- ekonomia prorodzinna: mieszkanie, własność prywatna, prawo do pracy godziwie płatnej, podatki prorodzinne, zagrożenia: planowy brak mieszkań, brak uwłaszczenia, bezrobocie, zaniżone zarobki, haracz zamiast podatku (dawniej była dziesięcina, teraz dziesięcina zostaje podatnikowi).
Optymalną niszą rozwoju osobowego jest kultura narodowa, którą dziedziczymy w OJCZYŹNIE. O prawa narodów (Papież w ONZ, 1995). Dobro wspólne:

- ochrona i umiłowanie ziemi ojczystej, zagrożenia: wyprzedaż ziemi cudzoziemcom, przystąpienie do Unii Europejskiej na zasadach Traktatu z Maastricht, brak znajomości piękna ziemi polskiej;

- edukacja propolska (dzieje, tradycja, literatura, osiągnięcia, duma narodowa), zagrożenia: zredukowany program kształcenia humanistycznego w szkołach podstawowych i średnich, podręczniki pisane z perspektywy ruskich i innych obcych interesów, lekceważenie lub pogarda dla tradycji rodzimej i narodowej, brak retoryki, czyli pełnego opanowania polskiego języka (konsekwencją: wtórny analfabetyzm);

- kultura polska jako odgałęzienie kultury zachodniej (chrześcijańskiej), zagrożenia: wymazywanie podstawowego znaczenia chrześcijaństwa nie tylko jako religii, ale jako kultury dla ukonstytuowania się państwa, narodu i tożsamości polskiej;

- państwo – na straży praw człowieka, praw rodziny i prawa narodów, zagrożenia: kult pozytywizmu prawnego, w ramach którego akt ustanowienia (np. procedura demokratyczna) zastępuje rację prawa (dobro – cel). Ten pozytywizm prawny ma sankcjonować systemy liberalistyczne, które w imię wolności propagują wolność do zła (aborcja, eutanazja, pornografia, narkotyki)


4. Sprawcą i celem życia ludzkiego jest BÓG. Dekalog, Ewangelia, zagrożenia: prawo stanowione (państwowe) sankcjonuje łamanie podstawowych przykazań Dekalogu, ugrupowania sprawujące władzę ustawiają się ponad prawem i ponad moralnością (oderwanie polityki od moralności);

- prawo do publicznego wyznawania wiary, zagrożenia: spychanie ludzi wierzących do zakrystii, ośmieszanie i wyszydzanie chrześcijaństwa w wielu mediach prywatnych i publicznych;

- miejsce Kościoła w życiu publicznym (Konkordat), zagrożenia: minimalny udział Kościoła w mediach prywatnych na skalę ogólnopolską oraz w mediach publicznych, urzędowe wymagania neutralności religijnej dla osób piastujących stanowiska państwowe (ateizm państwowy), propozycje polityki podatkowej – antykościelnej.

Metoda organizowania i zrzeszania się ludzi jest ODDOLNA, a nie odgórna. Właściwym punktem wyjścia jest ludzka osoba, która szukając wsparcia odwołuje się najpierw do bliższych, a potem do dalszych osób lub organizacji. Czego nie może jednostka, to pomaga rodzina, czego nie może rodzina, to gmina, miasto, państwo, Kościół, w kolejności wstępującej. Solidaryzm społeczny. Zasada pomocniczości,

zagrożenia: przy metodzie odgórnej państwo od razu zabiera się za człowieka i chce zastąpić (zabrać) mu rodzinę, gminę, miasto, ojczyznę (totalitaryzm).
Konstytucji nie można apoteozować, to nie jest Dekalog pochodzący od Boga, lecz dokument ustanawiany przez ludzi. Z dokumentu tego nic dobrego automatycznie nie wynika, ale równocześnie ważne jest, aby dokument ten nie sankcjonował czynienia zła i to w skali społecznej. Niestety, Konstytucja przegłosowana przez Zgromadzenie Narodowe 2 kwietnia 1997 r. nie gwarantując praw człowieka, praw rodziny, praw narodu i praw Kościoła, umożliwia czynienie zła. Dlatego nad tym dokumentem do porządku dziennego przejść nie można.

Wojciech Ziembiński  

ŻOŁNIERZE POLSKI WALCZĄCEJ A KONSTYTUCJA  
    Żołnierze II RP składali przysięgę, której początek przytoczę: „Przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu, w Trójcy Świętej Jedynemu, być wiernym Ojczyźnie mej, Rzeczpospolitej Polskiej, sztandarów wojskowych nigdy nie odstąpić. STAĆ NA STRAŻY KONSTYTUCJI i honoru żołnierza polskiego...” Z takiej przysięgi zwolnić nas może tylko śmierć.

Kazimierz Wierzyński kończył swój wiersz Na rozwiązanie Armii Krajowej, słowami:

Pociąć sztandar w kawałki. Rozdać śród żołnierzy.
Na drogę niech go wezmą. Na sercu niech leży.

Po półwiecznych zmaganiach – latach walki, wyrzeczeń, krzywd i upokorzeń – nad Polską zajaśniała „jutrzenka swobody”. Odzyskaliśmy upragnioną wolność, ale jeszcze nie wszyscy jesteśmy wolni. Na tych, którzy składali przytoczoną wyżej przysięgę (a do nich należę) ciąży nadal podstawowy obowiązek do spełnienia: przywrócić konstytucyjną ciągłość prawa – polityczną niepodległość Państwa Polskiego – wykonać Testament Poległych i Pomordowanych.

Pierwsze w naszych dziejach powszechne wybory prezydenta RP otwierały drogę do przywrócenia konstytucyjnej ciągłości państwa. Niestety, 22 grudnia 1990 r. nastąpiło jedynie przekazanie insygniów: oryginał Konstytucji Rzeczpospolitej, świętej księgi żołnierza polskiego. Wielkie przełomowe chwile w życiu Narodu potrzebują wielkich ludzi. Gdyby nowo wybrany prezydent zaprzysiągł wówczas wierność polskiej, suwerennej Konstytucji – i zażądał od Sejmu uchwały przywracającej porządek konstytucyjny II Rzeczpospolitej – nikt w ówczesnych warunkach panujących w Polsce nie byłby zdolny się temu przeciwstawić. To był pierwszy grzech zaniechania.

Drugim grzechem zaniechania było opóźnienie wolnych wyborów parlamentarnych i następnie odrzucenie przez nowo wybrany Sejm na początku 1992 r. – w pierwszym czytaniu – projektu ustawy o restytucji niepodległości, zgłoszonego przez Klub KPN (można było projekt odesłać do Komisji Ustawodawczej i tam go poprawić, a następnie głosować). Brak woli politycznej beneficjantów układów okrągłostołowych dał również znać o sobie w przygotowanym obecnie przez główne partie postkomunistyczne projekcie Konstytucji, odcinającym się grubą kreską od porządku konstytucyjnego Polski Niepodległej. Nie przywraca on ciągłości z II RP, a utrwala ciągłość prawnopolityczną z PRL-em. Jeśli do tego dojdzie – będzie to trzeci grzech zaniechania o konsekwencjach ogromnych, rzutujących na przyszłość Kraju na parę dziesiątków lat. Przestrzegając przed tym – żołnierze Polski Walczącej i kontynuatorzy Sprawy Niepodległości wydali 11 listopada 1996 r. apel „Sprawa Niepodległości Polski”. Oto jego fragmenty:

„Fundamentem odbudowy niepodległości Polski jest przywrócenie konstytucyjnej ciągłości prawnopolitycznej z suwerenną II Rzeczpospolitą – z jednoczesnym uznaniem całego ustawodawstwa okresu komunistycznego za niesuwerenne, ex lex...”.

Istotnym dla ciągłości państwa prawa jest dekret Prezydenta Rzeczypospolitej z 30 listopada 1939 r. o nieważności aktów prawnych władz okupacyjnych (i zakazanie kolaboracji).

Jest to oczywista zniewaga wymierzona w nasz honor, w narodową dumę Polaków, niepodległego ducha i okrutna drwina zarazem z ofiar kilku milionów poległych i pomordowanych obrońców naszej Ojczyzny.

Nowo wybrane Zgromadzenie Narodowe powinno niezwłocznie, we wstępnej uchwale uznać, że III Rzeczpospolita stanowi bezpośrednią kontynuację II RP. Przywracając ciągłość prawną i polityczną z niepodległym Państwem Polskim, powinna uznać symbolicznie jego Konstytucję, przyjmując w uroczystej uchwale jej artykuł: „Państwo Polskie jest wspólnym dobrem wszystkich obywateli. Wskrzeszone walką i ofiarą najlepszych swoich synów ma być przekazywane w spadku dziejowym z pokolenia na pokolenie. Każde pokolenie obowiązane jest wysiłkiem własnym wzmóc siłę i powagę Państwa. Za spełnienie tego obowiązku odpowiada przed potomnością swoim honorem i swoim imieniem”.

Jak najszybciej powinna zostać uchwalona nowa Konstytucja. Ze zgłoszonych projektów, rozpatrywanych przez obecne Zgromadzenie Narodowe, Obywatelski Projekt (sygnowany przez „Solidarność” i ok. 2 miliony obywateli) jednoznacznie nawiązuje do „ciągłości politycznej i prawnej niepodległej Rzeczypospolitej”.

W programie wyborczym autentycznego obozu niepodległościowego sprawie przywrócenia ciągłości konstytucyjnej suwerennej Rzeczypospolitej Polskiej należy nadać rangę nadrzędną. W nowym parlamencie, aby zrzucić ostatecznie jarzmo komunistycznego zniewolenia, musimy dokonać merytorycznej weryfikacji dotychczasowego ustawodawstwa i anulować wszystkie akty godzące w suwerenność i niepodległość Narodu Polskiego; zadość uczynić krzywdom wyrządzonym przez systemy totalitarne.

Apel z 11 listopada podpisali liczący się w Polsce liderzy obozu niepodległościowego: prezes Światowego Związku Żołnierzy AK, prezes WIN-u, prezes Związku Żołnierzy NSZ, prezesi Związku Więźniów Politycznych okresu stalinowskiego i Sekcji Skazanych na Karę Śmierci, prezes Federacji Organizacji Kresowych. Politycy – Marian Krzaklewski i Jan Olszewski oraz związani z nimi prezesi ZChN, PC, KK, PSL-PL, PChD, ChD-SP, Partii Wolności, RTR, SWR-KSN oraz Ligi Republikańskiej, senatorowie „Solidarności”, czołowi pisarze, historycy, samorządowcy – razem ok. 200 osób.

Sprawie niezbędności przywrócenia ciągłości konstytucyjnej poświęcił swój referat wygłoszony w Muzeum Niepodległości w Warszawie 26 stycznia br. – w 76. rocznicę pierwszych wyborów do Sejmu Ustawodawczego odrodzonej RP – sędzia Trybunału Konstytucyjnego, prof. Wojciech Łączkowski. Sprecyzował w nim pojęcie ciągłości, wymieniając cztery czynniki decydujące o przerwaniu suwerennego bytu polskiego – zasady prawne ustroju, polityka zagraniczna, kontrola nad wojskiem i policją, obsada najwyższych stanowisk w państwie: „Jeżeli wymienione cztery dziedziny uzależnione są od woli obcego państwa i zasadnicze decyzje w tych obszarach podejmowane są pod wpływem sił zewnętrznych – należy uznać, że mamy do czynienia z brakiem suwerennego bytu danego narodu”.

Ta teza prof. Łączkowskiego nie jest jednak oczywista dla twórców i propagatorów projektu Konstytucji, który będzie poddany pod osąd publiczny 25 maja br.

Mam nadzieję, że ciągłość upodlenia zostanie przerwana, a przywrócona zostanie konstytucyjna ciągłość z Niepodległą Polską.

O MITOLOGII WŁADZ DEMOKRATYCZNYCH

Pan Kłamstwa zwiódł nas za pośrednictwem Monteskiusza, abyśmy uwierzyli w jego klasyczny podział władzy na ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Faktycznie podstawowe władze są dwie:

Naprzód i nade wszystko władza kreowania pieniądza, rozporządzania kredytem finansowym. Dajcie mi władze nad kredytem, a wszystkie prawa będę miał za nic – powiedział baron Meyer Amschel Rotschild.

Po wtóre, władza informacyjna. Dostęp do informacji i możliwość korzystania ze środków masowego przekazu.

Władze podane przez Monteskiusza mają znaczenie, lecz wobec tych dwóch – drugorzędne.

O społecznym funkcjonowaniu mitologii władz demokratycznych

Przyjęcie Monteskiuszowej mitologii doprowadziło do tego, że całe serie katastrof traktujemy jako wypadki przy pracy, lub wynik złej woli poszczególnych „kierowców”, nie zdając sobie sprawy z ich głębokich strukturalnych uwarunkowań.Zwróćmy uwagę szczególnie na cztery przejawy tego braku rozeznania:


1. Uderzająco częste pomijanie w rozważaniach, dyskusjach i sporach na ten temat największej potęgi: władzy nad kredytem finansowym. Bardzo też często pomija się drugą – dysponowanie informacją.


2. Przywiązuje się wielką wagę do demokratycznych mechanizmów tworzenia i funkcjonowania władz drugoplanowych: parlamentu, rządu i sądownictwa. Prawie zupełnie nie zwraca się uwagi na całkiem niedemokratyczny sposób tworzenia i funkcjonowania władz podstawowych – kreacji pieniądza i zawiadywania kredytem oraz informacji – władz, które nie pochodzą ze społecznego wyboru.


3. Mechanizmy tworzenia struktury władzy i ich funkcjonowania są szeroko dyskutowane, badane i rozpowszechniane – i dość dobrze znane w szerokich kręgach społecznych. Natomiast znikoma jest wiedza na temat powstawania i sprawowania władzy nad finansami i informacją, na temat kreacji pieniądza i zawiadywania kredytem. To, co przeciętny obywatel wie na ten temat, co sądzi o tym ogromna większość, to na ogół wiedza raczej mitologiczna niż rzeczywista. Wyobrażamy sobie tu sytuację kierowcy posiadającego to mitologiczne przekonanie o strukturze i działaniu jego pojazdu.


4. Panuje powszechny pogląd, że obecnie rządzi ekipa postkomunistyczna – „komuchy”. Jest to chyba niebezpieczna pomyłka. W istocie rządzi przecież grupa liberalno-postnomenklaturowa, powiązana personalnie, a nawet często rodzinnie, z byłą nomenklaturą PRL-u, jak i z nomenklaturą państw obozu byłego ZSRR, a z drugiej strony – coraz mocniej – z międzynarodowymi grupami finansowymi. Innymi słowy – czy pokój, czy wojna, czy komuna, czy kapitalizm – interes jest interesem; grupą ludzi wyznających starą kapitalistyczną zasadę maksymalizacji „strumienia gotówki”; grupą ludzi wołających głośno o restrukturyzację, reformę i prywatyzację, w istocie dążącą do możliwie największej prywatyzacji zysków – z jak największym uspołecznieniem kosztów.


To powszechne selektywne zaślepienie wyraża się też w tym, że np. w obywatelskim projekcie Konstytucji, w rozdziale „Zasady naczelne”, w art. 3 stwierdza się: „Władza zwierzchnia w Rzeczpospolitej należy do Narodu”, a dalej: „Naród sprawuje ją przez swoich przedstawicieli wybieranych do Sejmu i Senatu, powoływanych w powszechnym głosowaniu przez Prezydenta RP, odpowiedzialnego przed Sejmem, Rząd i niezawisłe Sądy”, oraz: „Sprawowanie władzy następuje także poprzez wyrażenie woli w referendach oraz obywatelską inicjatywę ustawodawczą”.


Natomiast o władzy finansowej i informacyjnej – ani słowa. To tak jakby określić, kto rządzi środkami transportu, nic nie wspominając, w czyich rękach ma być zarząd materiałami pędnymi.

Sposób powoływania, organizację i sposób działania Monteskiuszowych władz, projekt społeczny Konstytucji określa aż w 61 artykułach. Natomiast na temat Skarbu Państwa są tylko trzy artykuły: 108, 109 i 110 – bardzo zdawkowe. Emisję pieniądza omawia tylko jeden bardzo lakoniczny artykuł 111, przyznając to prawo wyłącznie Narodowemu Bankowi Polskiemu.


O prawie do kreacji pieniądza pozaemisyjnego, bankowego, nie ma najmniejszej wzmianki. Ustala się więc sposób tworzenia pieniądza gotówkowego, którym przeprowadza się w Polsce ok. 20% wszystkich transakcji, a pomija się milczeniem tworzenie pieniądza „bankowego”, „depozytowego”, „czekowego”, który służy do przeprowadzenia ok 80% operacji finansowych. Obecnie pieniądz czekowy – najbardziej strategiczny dla gospodarki – tworzą banki komercyjne – prywatne wytwórnie pieniędzy.Na temat rozpowszechniania informacji i dostępu do niej są znów tylko dwa bardzo krótkie artykuły: 25 i 26.

Innym przejawem tej selektywnej nieuwagi, zapewne troskliwie zaprogramowanej i podtrzymywanej, jest tematyka podejmowana przez prasę „opozycyjną”. Większość autorów zajmuje się tropieniem spraw personalnych, ewentualnie poszczególnymi przypadkami łamania praworządności, aferami. Nieliczne publikacje omawiają powstawanie i funkcjonowanie „struktur grzechu”, które może lepiej nazywać „strukturami nieładu”. To przypomina sytuację, gdy prawdziwie wielka grabież dokonuje się dzięki odwróceniu uwagi na pościg za kieszonkowcem unoszącym portfel.

Natomiast w prasie związanej z obecnym układem rządzącym liberalno-postnomenklaturowym, spotyka się sporo artykułów opacznie „wyjaśniających” procesy gospodarcze i sprawy finansowe. Sprzyja to utwierdzaniu obiegowych mitów finansowo-podatkowych (komu zabrać, komu zwiększyć podatki, aby wam dać?), bardzo wygodnych dla „samowolnych władców kredytu” – jak ich określa papież Pius XI w encyklice Quadragesimo Anno.

Maciej Gielecki
  FUNDAMENT POLSKIEJ RACJI STANU W XXI WIEKU
 
Od tysiąca lat wędrujemy poprzez historię jako naród o własnej państwowości. W każdym pokoleniu służymy swojej ojczyźnie pracą, intelektem, a bywa że i krwią. W każdym stuleciu historia stawia przed nami kolejne wyzwania, którym musimy stawić czoła. Wiek XX – również dla Polski – będzie zapamiętany jako wyjątkowo burzliwy. Obfitujący wydarzeniami tragicznymi – jak dwie wojny światowe i zniewolenie sowiecki, ale też i radosnymi – jak odzyskanie niepodległości i wybór Polaka na Stolicę Piotrową.

Stajemy u progu XXI wieku przed nowymi dylematami, jakie przynosi rozedrganie filozoficzne, a w konsekwencji społeczne, świata. Dominująca w krajach rozwiniętych cywilizacja biznesowo-informatyczna, sprzęgnięta z ofensywną filozofią postmodernizmu, wdziera się również i do naszego kraju. Dobrowolnie godzimy się, by to co efektywne zawężać do pojęcia racjonalności ekonomicznej, gubiąc po drodze racjonalność społeczną, dobro ogółu. Często bezradnie przyglądamy się zachwianiu świata wartości, który wzrastał z odniesień do absolutu, w zamian zbieramy gorzkie żniwo ocen i postaw karmiących się względnością pojęć.

Obszar nowych wyzwań poszerzył się wraz ze zmianami sytuacji geopolitycznej. A przecież na tyle "starych pytań" jeszcze nie zdążyliśmy sobie odpowiedzieć. Jaką drogą pójdziemy, by odnaleźć ład wewnętrzny w płaszczyznach społecznych, kulturowych i gospodarczych? Jak określimy swoje miejsce pośród innych narodów; ułożymy stosunki polityczne, określimy zasady współistnienia kulturowego i współpracy ekonomicznej?

Można na te pytania szukać odpowiedzi, zamykając oczy na przeszłość. Można importować gotowe wzorce i skrupulatnie wdrażać je we własnym kraju. Ale nie można odpowiedzieć na nie skutecznie, jeśli zapomnimy, że historia narodu, to nie tylko bogate dziedzictwo tradycji, a również skarbnica ducha i intelektu osób wielkich swoimi dziełami i przemyśleniami.


Niewątpliwie do takich osób zaliczamy Stefana Kardynała Wyszyńskiego, nazwanego przez Ojca Świętego Prymasem Tysiaclecia. Nie ma dziedziny życia Polaków, tak w wymiarze indywidualnym jak i zbiorowym, której nie towarzyszyłaby głęboka myśl i przesłanie tego Prymasa. Dlatego wkraczając w nowy wiek – sięgnijmy do tego dziedzictwa po fundament, na którym możemy określić Polską Rację Stanu w XXI wieku.    
Copyright © 2009 www.internationalresearchcenter.org
Strony Internetowe webweave.pl