"It's difficult to admit the obvious"
political world

Powstańcy, czyli Polacy

marek jan chodakiewicz|Wednesday, April 1, 2015

1 marca 2015 był kolejny Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Upamiętniliśmy ich walkę i ofiarę w sobotę, 28 marca, z inicjatywy p. Katarzyny Markowskiej oraz p. Pawła Stefańskiego z Biblioteki Polskiej w Waszyngtonie. Po prostu, to oni zastukali do mnie, a ja musiałem się podporządkować. Taka już rodzinna tradycja. Co prawda przygotowywałem wykład na ten temat, ale dopiero na nasz Doroczny Odczyt Wojskowy im Gen. Waltera Jajko Katedry Kościuszkowskiej, co ma miejsce we wrześniu. Polecieliśmy teraz.



W przedbiegach panna Kasia i inni zastanawiali się nad tytułem naszej imprezy. Wychodziły im jakieś łamańce. Zasugerowałem, że powinno być „Antykomuniści polscy.” W amerykańskim środowisku konserwatywnym to jest czytelne, a większość z kilkudziesięciu osób, które się zjawiły – a w Waszyngtonie to niemal tłum – było anglojęzyczna. Przypomniałem sobie przy okazji, jak trudno było zjawisko to opisać w Polsce. Komuna mówiła o naszych bohaterach „bandyci,” albo „zbrojne podziemie.” My do dziś nie możemy się zgodzić co do terminologii. Poeta i krytyk literacki Bohdan Urbankowski wymyślił „powstańcy antykomunistyczni.” Ja zgadzałem się na powstańców, ale pisałem o wszystkich polskich organizacjach podziemnych od 1939 r. „niepodległościowcy.” Bo oni chcieli niepodległości i wolności, w odróżnieniu od komunistów, którzy Polskę Stalinowi poddać pragnęli. Ponadto niepodległościowcy zwalczali wszystkie zagrożenia dla wolności kraju - i czerwone, i brunatne. Podkreślałem kontynuację między podziemiem wojennym a powojennym. Przecież to byli, w dużym stopniu, ci sami ludzie i walka szła o to samo: o wolną RP. Niestety, nasi uparli się oddzielać jednych od drugich. W końcu Leszek Żebrowski i członkowie Ligii Republikańskiej (głównie Grzegorz Wąsowski, który do dziś się tym fascynuje, stawiając niepodległościowcom pomniki po całym kraju) wymyślili termin „Żołnierze Wyklęci.” Stworzyli nawet wystawę pod tym tytułem, do której się trochę dołożyłem i obwozili ją po całym kraju.  „Żołnierzom Wyklętym” pobłogosławił jako pierwszy Jerzy Ślaski, żołnierz z AK-WiN od „Orlika,” publikując książkę pod takim tytułem. Teraz słyszymy też o „żołnierzach niezłomnych,” tacy bowiem byli. I tylko komuna i jej apologeci dalej smędzą o „bandytach” i tym podobnie.

Wykład zbudowany był tak: najpierw kontekst, czyli zbrojny antykomunizm w skali globalnej. Potem korzenie zbrojnego antykomunizmu: biała Rosja, czyli właściwie wszyscy od monarchistów do anarchistów, włączając w to „zielonych” na wsi. Następnie skupiłem się na walce przeciwko czerwonym w latach czterdziestych. Ostatniego rumuńskiego partyzanta ujęto w 1976 r., a ostatniego estońskiego powstańca KGB zabiło w 1978 r. W 1990 r. wyszedł z ukrycia ostatni bojowiec UPA. Opór zbrojny w tamtych krajach zaczyna się jednak od powstania antysowieckiego, które wybuchło w czerwcu 1941 r. na ziemiach Międzymorza w chwili ataku Hitlera na Stalina. Niestety, powstanie to szybko zdegenerowało w pogromy antyżydowskie, a następnie część powstańców – Estończyków, Łotyszy, Litwinów, Białorusinów, Ukraińców i Rumunów – zaczęło uczestniczyć w zagładzie Żydów. Niektórzy z ofiar komuny teraz stali się katami, kolaborantami w ramach formacji policyjnych III Rzeszy. Prawie wszędzie w Europie środkowej i wschodniej antykomunizm nabrał form kolaboracji z niemieckim narodowym  socjalizmem. Ciemne karty historii też trzeba znać.

Odwrotnie było tylko w Polsce. Tutaj od początku było dwóch wrogów: czerwoni i brunatni, Hitler i Stalin. Podkreślmy to. Polski zbrojny antykomunizm zaczyna się od gen. Dowbora Muśnickiego i jego nadberezyńskiej enklawy odradzającej się Rzeczypospolitej przez POW, partyzantów Jaworskiego, Samoobronę Ziemi Wileńskiej i – naturalnie, wojnę polsko-bolszewicką – jedyny wypadek w historii gdy ktokolwiek zwyciężył Armię Czerwoną. II wojnę światową ująłem przykładem antybolszewickiego zagończyka, płk. Jerzego Dąmbrowskiego („Łupaszko”), który we wrześniu 1939 r. swój pułk ułanów podzielił – część z mjr. Henrykiem Dobrzańskim („Hubal”) poszła bić Niemca, a reszta walczyła z Sowietami. Utrzymywali kontakt, byli częścią jednej konspiracji: polskiej, niepodległościowej. Tylko wtórnie można ich określić w sensie negacji potęg, którym się przeciwstawiali jako partyzantka antyniemiecka, antynazistowska, antysowiecka, antykomunistyczna.

Wyjaśniłem, że te wszystkie aspekty funkcjonowały w polskim podziemu nieprzerwanie. Stąd zbrojna walka AK, NSZ i BCh nie tylko przeciw Niemcom, ale również przeciw komunie od 1942 r. Po pierwsze niepodległościowcy polscy walczyli przeciw rewolucyjnemu bandytyzmowi komunistów, którzy rabowali spauperyzowaną wojną i okupacją ludność, bo nie mieli zwolenników, którzy by ich karmili ani infrastruktury kwatermistrzowskiej. Po drugie, zwalczano ich, bo „czyścili teren z reakcji,” czyli mordowali tradydcyjne elity polskie (nauczycieli, księży, ziemian, społeczników), aby zająć ich miejsce jako element przywódczy. Po trzecie, stawiano im opór, bo prowadzili ślepy sabotaż. Komuniści chcieli zniszczyć jak najwięcej infrastruktury – wtedy życie ludności stałoby się tak nieznośne, że doszłoby do powstania – wszystko po to, by pomóc duszonej wtedy przez Wehrmacht Moskwie. Po czwarte, niepodległościowcy kładli tamę komunie,  bowiem czerwoni radykalizowali ludność prowokując niemiecki terror, aby nagonić podstępem rekrutów ze spalonych wsi do swych wątłych szeregów.

I w końcu opisałem niektórych powstańców, dziewcząt i chłopców, od „Łupaszki” do „Warszyca” i „Bąka”. Opisałem tortury, mordy, samobójstwa. Mówiłem o ich katach: Adamie Humerze, Stanisławie Zarako-Zarakowskim, Stefanie Michniku i Helenie Wolińskiej. Ta ostatnia dostała ostatnio Oskara. I tak morderczyni zza biurka stała się „żołnierzem wyklętym” Hollywood. Bo takie są obecnie narracje apologetów i negacjonistów zbrodni komuny.
Copyright © 2009 www.internationalresearchcenter.org
Strony Internetowe webweave.pl